Dzikie wojaże

Listopad jak mozarella.

Długie listopadowe wieczory ciągną się jak mozzarella w pizzy. Tyle że nie niosą w sobie tyle smaku z konsumpcji, co ten włoski przysmak. Zaciągają oblepiającym smogiem, melancholią i lekką depresją, co ogólnie można określić jako „jesienna chandra”. Cóż, powtarzałam to już tyle razy, że jestem dzieckiem światła i kwiatów, raz jeszcze podkreślę to, czego się trzymam zawsze o tej porze roku jak tonący brzytwy – BYLE DO WIOSNY. Pocieszam się jedynie tym, że po Świętach to już z każdym dniem będzie coraz jaśniej.

Z drugiej strony, przynajmniej jest czas na czytanie książek, pieczenie ciast, szukanie inspiracji (głównie cukierniczych…), przeglądanie zdjęć (co sięgam do archiwum, tam nieodkryta perełka wypływa na powierzchnię) i seriale. Przyjdzie marzec, to wszystko się skończy, bo zacznie się pora na rozsady, ogródek – ah, na samą myśl już przebieram nożycami! Na wszystko swoja kolej.

Choć, prawdę mówiąc, to tak do połowy listopada było całkiem znośnie, a wręcz idyllicznie pod względem pogody jak na tę porę roku. Poza tym mam taki cudowny ciąg – od września praktycznie co weekend gdzieś wybywałam. Co lepsze – jakoś się tak trafiało, że w większości były to moje ukochane Taterki. Taka częstotliwość nie zdarzała się wiosną i latem razem wzięte, a jesienią – która była nad wyraz łaskawa – udało się nadrobić! I chociaż trochę złapać witaminy D, która tak szybko umyka. O często ładowanych bateriach, które się szybko wyładowują, więc trzeba je ładować częściej wspominałam już ostatnio 😁

Tegoroczna jesień dopisała. Szkoda, że dni takie krótkie, ale miało to swoje plusy – jak chociażby zachody słońca w Tatrach i powrót do domu o „normalnej porze”! Miałam cudowne szczęście widzieć już trzy zachody na tatrzańskich szczytach – wrześniowy Kozi Wierch, a w listopadzie jeszcze przybył Szpiglas mój ukochany i w długi weekend zachód z Przełęczy Krzyżne. Wow, co za przeżycia, co za emocje! Przypomina mi się mądry cytat – prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca. Jakże to prawdziwe w dzisiejszych szalonych czasach… Nie da się tego piękna oddać słowami, zawsze się wtedy w tych słowach gubię; nie da się nawet w fotografii, ale mimo wszystko popatrzcie na zdjęcia.

Długi weekend listopadowy rozpoczął się na Litwince. Dodam tylko, jak byłam tam po raz pierwszy w Poniedziałek Wielkanocny i opisywałam to tak:

„TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko!”

Tym razem wybuch emocji i moje odczucia nie uległy zmianie, ale patrzyłam już pod nogi, by się nie wywalić, szkoda spodni. Złoty, idylliczny poranek był jedynie zapowiedzią tego, co na nas czekało.

Zachód na Przełęczy Krzyżne okazał się być trafem w dziesiątkę. Niesamowita perspektywa – leżałam sobie w norce z wyciągniętymi nogami (musiałam sobie odpiąć spodnie, bo było tak ciepło!) – z widokiem na Orlą Perć w całej okazałości – i tak prawie 4 godziny. Będąc tam końcem października jakoś nie miałam czasu na podziwianie tej wspaniałej perspektywy 😜 Co ciekawe – takie leniwe siedzenie na szczycie niesie w sobie dużo uroku i w ogóle się nie dłuży! Ewelina zawsze narzekała, że nie ma czasu na drzemkę, tylko ja zawsze hop-siup, ciasteczko i lecimy dalej – będąc ze mną na zachodzie na Szpiglasie doceniła niespieszną kontemplację. A z Krzyżnego słońce zachodziło centralnie za Kozim Wierchem. Oczywiście jak to ja, zdjęcia robiłam pod słońce, jednocześnie przeklinałam swoją brudną matrycę i ułomny obiektyw, ale coś tam w sumie udało się ustrzelić 😁

Korzystając z noclegu w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów w długi weekend po zachodzie na Krzyżnem, nie mogłam sobie odmówić pójścia na wschód słońca – szybciutki Kozi Wierch. 75 minut ze schroniska – to chyba całkiem szybciutko jak na swoje normalne tempo? 😜 I kolejne zaskoczenie, kolejna fala emocji nie do opisania – na szczycie, na wschodzie! – byłam sama. Usiadłam sobie, wyciągnęłam kawałek gruzińskiego chleba jako śniadanie (MHM, polecam, Mały Kaukaz w Wadowicach daje radę), termos z herbatą, czekoladka na deser, aparat w pogotowiu… I tak zaczęłam się cieszyć sama do siebie. Sama-jedna-na-wschodzie-słońca-na-Kozim-Wierchu-w-długi-weekend! Trzeba mieć farta nie z tej ziemi! Miałam go. Siedzę i się szczerzę do słońca. Znowu to samo – zdjęcia nie są w stanie tego oddać, chociaż bardzo bym chciała, by niosły ze sobą choć krztę emocji i uczuć, jakie mam szczęście doświadczać.

Kolejny weekend – znowu ładnie, więc znowu dzida w Tatry! Było pięknie, chociaż warunki zdecydowanie trudniejsze. Ale moje biegowe Salomonki świetnie sobie z nimi poradziły, raczki znowu nie zostały wyciągnięte z plecaka. Co lepsze – w życiu nie widziałam czegoś takiego, jak w tą niedzielę na Czerwonych Wierchach! Które tego dnia wcale nie były Czerwone, a brokatowo-krzyształowe:) niesamowite zjawisko – zmrożony deszcz i kryształki lodu sypiące się pod butami z każdym dotknięciem. Ni to jesień, ni to zima, totalny kosmos!

Na powrocie krótki foto-stop – kocham takie spontaniczne zboczenie z drogi i przystanek gdzieś na środku wąskiej ulicy. Rach-ciach, szybkie zdjęcie i można jechać dalej 😉 Gdybym mieszkała w takim miejscu, jak ludzie w wiosce Odrowąż w gminie Czarny Dunajec, cierpiałabym chyba na permanentny oczopląs, na które nie pomogłyby żądne korekcyjne okulary. Albo po prostu miała jeszcze większego kićka niż mam. W każdym razie – zdrowa na umyśle na pewno bym nie była. Btw, oszaleć przecież idzie od tych ciągłych zachwytów i palpitacji serca na każdy widok! Prawie wyrównuję sobie ciśnienie od pracy w obsłudze klienta 😂

A, jeszcze jedno. Tak na odmianę ciągłych tatrzańskich wojaży, którymi to teraz głównie żyję. Do zdjęć z Gruzji nie zaglądałam od stycznia. Kaukaskie archiwa stały się dla mnie jak zamknięta szkatułka, której lepiej nie otwierać, bo… trochę jak w piosence – „nostalgia to błysk do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my”. Tymczasem przyszła pora odświeżyć kaukaskie wspomnienia – po ponad 1,5 roku od planowanej premiery miała miejsce moja prelekcja w Andrychowie – dzięki zaproszeniu PTTK Chałupa. To była już moja czwarta prelekcja – lubię gadać, kiedy mam grono słuchaczy – udała się znakomicie! 😁 Zero stresu, nawijałam przez niemalże 1,5 godziny. Oczywiście miałam wrażenie, że jestem jednym wielkim chaosem, skaczącym z kwiatka na kwiatek, ale jak komentowali odbiorcy – nie było tego słychać. Albo po prostu chcieli być mili 😉 

Btw, z okazji prelekcji odświeżyłam nieco filmik, obrazujący kaukaskie wspomnienia przy rytmach rachuli w 3 minuty, zapraszam na krótki seansik: https://www.youtube.com/watch?v=GhL7jy-yAV8&t=1s

Cudownie było poopowiadać, powspominać, spotkać się z ludźmi… Aż chce się więcej! A nade wszystko chce się wrócić na ten Kaukaz, bo wiem, że na mnie czeka. Tak samo jak kilka moich ciuchów, które, mam nadzieję, nie zostały zjedzone przez kazbeckie myszy 😁 2022 – przybywaj, nie mogę się doczekać! 😈

Pora wkrótce brać się za tegoroczne Kolorowe Podsumowanie. Ale jeszcze czas na grudzień. Mój piękny i kochany grudzień!

Trzymajcie się ciepło w te ciemne wieczory i nie dajcie się chandrze! Trzeba znajdywać pozytywy. O, chociażby ciasteczka i gorącą czekoladę… Albo kieliszeczek zdrowotnej nalewki… Albo osiem, o.

Wasze zdrowie!

Dzikie wojaże

Zaniemówiłam.

Trochę czasu już minęło od mojego ostatniego wpisu, ponad miesiąc. Na pewno widzę to po tym, jak przybyło mi zdjęć, które już nie mieszczą się na pulpicie 😀 Mojemu Nikusiowi stuknęło niedawno 70 000 zdjęć – ups, to już wiekowy aparacik! Nikt ze mną nie przeszedł tyle, co ten niezawodny towarzysz!

Wreszcie wszystko buchnęło mocą i zielenią. Najprościej zauważyć to na polach i w ogródku – to chyba najlepszy czas dla bujności form kwiatowych wszelkich maści. Oczywiście, jak to bywa – ze skrajności w skrajność – jak nie pada dwa tygodnie, to potem dwa tygodnie naparza upałem i rośliny wariują. Zero stabilności, wieczny rollercoaster! Pomijam fakt, że batalia ze ślimakami trwa nadal, ale kiedy już wydawało się, że atak został odparty, z impetem wtargnęły… mrówki. Zeżarły marchewkę – ok, bywa. Ale jak podgryzły mi arbuza, trafiając tym samym w moje czułe miejsce, to już tak łatwo im nie odpuszczę! Całe szczęście jednak, mimo wszelakich przeciwności, jakoś to wszystko rośnie i się kręci. Czekam na owoce.

Ogłosiłam wszem i wobec, że nie będę narzekać na upały. Niech będzie ciepło. Dlaczego, cóż to za zmiana? A no taka, że znowu zaniemówiłam – dosłownie, nie tylko w przenośni, jak to mam za każdym razem, gdy widzę coś pięknego, najlepiej z widokiem na góry. Już miałam taką akcję, dokładnie dwa lata temu w Gruzji, pisałam o tym:

Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos.Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem!  Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłamtak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło!”

Dzień dobry, no to mamy powtórkę z rozrywki. Żeby było śmiesznie, zawiała mnie klima w robocie – efekt ten sam. Ciężko jest pracować w obsłudze klienta bez głosu, więc wzięłam sobie 3 dni urlopu i się kuruję, cierpliwie czekając, aż głos powróci.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie można na głos wypowiedzieć swoich planów (a miałam co najmniej dwa wyjazdy i jeszcze zaplanowane szczepienie), bo nigdy nie wypalają i jeszcze odbijają się rykoszetem. Tak jakby Pan Bóg smagał nas biczem przez plecy: a masz, takiego wała!! Tym razem smagnął mnie porządnie, z nawiązką, skoro aż straciłam głos. A masz!! Odbiłam Panu Bogu jednak piłeczkę i stwierdziłam, że skoro ostatnio pomógł mi wyjazd na Elbrus, to i tym razem nie ma co zasiadać. Tym bardziej, że nie licząc utraty głosu, jestem w doskonałej formie. A nuż wyjazd w góry przywróci mi mowę, tak jak ostatnio! Uwierzcie mi, to naprawdę straszna kara dla osoby lubiącej mówić. Ba! To mnie do szału doprowadza nawet w codziennych sytuacjach – kiedy chcę coś odpowiedzieć, a z ust wylatuje jedynie świszczący szept, ograniczający się do czterech słów. Wrrrr.

No ale wyjazd w góry się udał.

Najpierw jednak pokażę Wam kilka pięknych miejsc, w jakich byłam w przeciągu ostatniego miesiąca.

Wiosna przyszła późno, nie mówiąc o śniegu, nadal utrzymującym się w Tatrach, więc tam w ogóle się nie brałam. Nie trzeba jednak być w Tatrach, by na Tatry patrzeć – a sceneria z Łapszanki jest wprost o-sza-ła-mia-ją-ca! Nic, tylko rozłożyć sobie kocyk na łące i spędzić tam pół dnia, napawając się widokami i przestrzenią. Soczysta zieleń, czas kwitnienia mleczy, ośnieżone góry i błękitne niebo – czego można chcieć więcej? Już dawno chciałam tam pojechać (bo to miejsce z serii: autem), mam to zapisane na swojej liście TO DO, ale jakoś nie było po drodze. Udało się podskoczyć po pracy w Dzień Matki. Ojejku, dostałam dzikiego oczopląsu. Goniłam z tym aparatem jak nawiedzona, całe szczęście, że nie powtórzyłam swojego orła z Czarnej Góry, kiedy to się wygrzmociłam, rozbijając kolano – tym razem starałam się patrzeć pod nogi. Wracając, krótki przystanek na Przełęczy Snozka, szybkie foto i jazda z powrotem do domu. Dobrze jest mieć blisko. Choć nie pogardziłabym, gdybym miała bliżej 😀

Klasyk z Łapszanki!
Łapszanka c.d.
Widok z okolic Przełęczy Snozka
Widok z okolic Przełęczy Snozka

Ledwie kilka dni później znowu byłam w Pieninach, a tak właściwie to na wschodzie słońca w Sromowcach Wyżnych – znowu z serii: autem. A potem na Koziarzu w Beskidzie Sądeckim– przeglądając instagrama, wszyscy byli na Koziarzu, jakiś wysyp był normalnie 😛 więc ja też musiałam. Stwierdziłam, że Koziarz będzie bombowy na jesień – już widzę tamtejszą feerię barw i mgiełki poniżej Tatr! ❤

Pieniny są genialne, wspaniałe, cudowne – pod każdym względem. I widok na Tatry też powalający. Nic jednak nie zastąpi samych Tatr – zrozumiałam to w 100% kiedy wróciłam po dwóch latach z Kaukazu. Ten nadchodzący sezon zamierzam na maxa wykorzystać na tatrzańskie wojaże – czy z Słowacją, o ile wjazd będzie swobodny, czy nawet na szlakach po polskiej stronie. Nie ma to jak tatrzańskie powietrze i adrenalina. 3 wyjazdy „z widokiem na Tatry” równają się jednemu wypadowi „w Tatry”. 😉 Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja… Ech. Jakbym nie uwielbiała Pienin, owieczek, swojego niebieskiego rowerka i wschodów słońca, pierwsze co zrobiłam, to śmignęłam w Tatry.

Bez głosu, ale w kondycji wzorowej W KOŃCU pojechałam. Obczaiłam warunki, no i jazda. Szkoda siedzieć w domu przy takiej pogodzie. Miałam iść z Doliny Pięciu Stawów przez Świstówkę, ale to jest tak samo jak z Tatrami Zachodnimi w moim przypadku – mając tyle do wyboru… Zawsze znajdę ciekawszą alternatywę 😉 Tak więc nie zastanawiając się długo, poszłyśmy z Eweliną na Szpiglas. Nie ma to jak przyjemne 25km na początek dobrego sezonu w Tatrach! 😀

Na dobry początek tatrzańskiego sezonu ’21!

To była specyficzna wyprawa.

Porozumiewałyśmy się szeptem, najśmieszniej jednak było, gdy mówię do ludzi na szlaku:

– (głośnym szeptem) Cześć!

A ludzie mi szeptem odpowiadają: – Cześć!

Jeden gościu tylko zagadał:

– Co, za bardzo się kibicowało Polakom?

– No, nie warto było gardła zdzierać!

Ewentualnym pytaniem było: Co, za dużo się wypiło… Gdyby wiedział, że przyczyna była dużo bardziej prozaiczna, ot, po prostu klimatyzacja… To taki problem ludzi pierwszego świata!

Szpiglasowy Wierch z Doliny Pięciu Stawów z zejściem do Morskiego Oka to idealny szlak na rozpoczęcie sezonu. Starałam się nie ulegać szalonemu oczopląsowi i robić rozważnie zdjęcia, nie szłam tam po raz pierwszy, ale w tak pięknym miejscu ciężko zachować opanowanie w zachwycie. 😉  Znowu miałyśmy szczęście i spotkałyśmy świstaki! Dwa wygrzewały się na wielkim głazie, a inne dwa – chyba młode – bawiły się ze sobą, ganiając i turlając się jak koty. Po drodze na szczyt kozica jeszcze mi pięknie zapolowała, także element animalny zaliczony! 😉

Wiosny powyżej Piątki jednak nie widać, zima na całego – podejście z dołu wyglądało całkiem przerażająco, śniegu cała masa, całe szczęście, że byłyśmy na tyle wcześnie, że nie zdążył się zamienić w morką breję, a był stabilny i dobrze się szło. W okolicach łańcuchów trochę oblodzone – raczki bardzo się przydały. Dobrze wychodzić rano! Takie pustki na szlaku, na szczycie dwie inne osoby – że aż miło. Gdybym mogła, to bym krzyknęła, z oszołomienia pięknem i tym, że weszłyśmy szczęśliwie – ale tylko zaniemówiłam. :))))))

Widok ze Szpiglasa, Pan zacnie zapozował

Schodziłyśmy Ceprostradą do Morskiego Oka – widoki piękne, ale szlak paskudny (wyższa logika Agusi) – nie chciałoby mi się dryłować tamtędy do góry. Mijałyśmy wielu ludzi, którzy pytali, jak wygląda zejście do Piątki – schodzić tam też bym nie chciała, nie w takich warunkach. Jakoś tak śmiesznie się składa, że zawsze tak obieram szlak, że jestem zadowolona z wybranego wariantu podejścia i zejścia, a najlepiej pętelek. Noo, nie licząc zejścia z Krzyżnego, które przezywałam, ale to była inna bajka, ze względu na oblodzenie 😉

Najgorsze oczywiście przejście asfaltem od Morskiego Oka do Palenicy. Uwierzcie mi, w ciężkich butach trekkingowych to żadna przyjemność. Chyba zacznę ze sobą nosić klapki, jak to podpatrzyłam wczoraj u jednej pani – buciory przytroczone do plecaka, a szła w japonkach XD Upał też robił swoje. Aa, żeby dopełnić opowieści – OCZYWIŚCIE ZNOWU MNIE ZJARAŁO. Tym razem nogi – idealnie odcięta czerwień – od skarpetek aż po samą granicę krótkich spodni. Ciekawe tylko, dlaczego mi zostały białe kolana. Ale chociaż równomiernie.

PS. Tak a’propos problemów ludzi pierwszego świata, o których gdzieś tam wcześniej wspominałam. Ostatnio w robocie zaczęliśmy się z tego śmiać i nawet zaczęłam tworzyć ranking, który na bieżąco będziemy uzupełniać. Problem ludzi pierwszego świata w pracy: Czy napić się herbaty białej z tajską cytryną i kwiatem granatu, czy może raczej zielonej z jaśminem?

Oto jest pytanie.

Obyśmy w życiu mieli tylko takie problemy!

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

 

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!