Dzikie wojaże

Niezliczona ilość zachwytów

Wróciłam z Gruzji i znalazłam się w środku ula. Tak niemalże dosłownie, biorąc pod uwagę specyfikę swojej pracy i branżę pszczelarską w szczycie sezonu, który tego roku dopisał wybitnie, co odbijało się na ilości naszej pracy. Dlatego każdą możliwość wypadu w góry skrzętnie wykorzystywałam, by doładować baterie oraz uzupełnić swój poziom energii i tym samym sił życiowych. O matko, uzbierało się tego tyle, że aż straciłam rachubę! Lato przyszło znienacka, trwało zdecydowanie za krótko i już odchodzi, choć niespiesznie, ale pozostawiając za sobą niedosyt i poczucie nostalgii. „Mam summertime sadness”, jak to śpiewają w zasłyszanej piosence.

Ale cofnijmy się jeszcze do czerwca, lipca – chcę się z Wami podzielić zdjęciami, których zrobiłam podczas tych wypraw tak dużo, że nie ogarniam 😉 wrzuciłam na fejsa czy insta po jednym i tyle. Wszystko na bieżąco, bo wypadów było tak dużo – i oby tylko więcej! A bogate archiwa – nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą! Jedno Wam powiem – selekcja zdjęć do kalendarza na 2023 będzie okrutna i mega trudna.

Wróciłam z Gruzji, nie mogłam się pozbierać, a swoim torem to już poszło-pojechałoo… Razu jednego (oczywiście w tygodniu, po robocie) Babia na zachód i kwitnące zawilce na urodziny Mamy, tydzień później znowu Babia na zachód Percią Akademików (wypad 2w1 – zarówno towarzyski i nie chodzi tu tylko o towarzystwo mojego Nikona 😄 , jak i lekko wyczynowy, bo Percią szłam po raz pierwszy, ale za to na pewno nie ostatni!).

Kwitnący zachód na Babiej Górze

Potem, gdy tylko zaczął się sezon na Tatrzańskie Dzikie Wojaże, przepadłam już doszczętnie i bezapelacyjnie, bo nic mnie tak nie wciąga, jak te pozornie niepozorne gołe skały i ściany i strzeliste wierzchołki. Ktoś nazwałby to kupą kamieni, ale dla mnie chyba nie ma nic piękniejszego. Na rozruszanie były słowackie Tatry Zachodnie i Baraniec, ale można powiedzieć, że sezon dopiero otworzył wschód słońca na Kozim Wierchu. Wyjazd  z domu o 21, w środku nocy godzina spędzona pod schroniskiem na podziwianiu nieba pełnego gwiazd i liczeniu tych spadających (normalnie niczym sierpniowe Perseidy), sam wschód o dzikiej porze 4:34, ale ilość piękna, jaką dojrzałam tego poranku przyćmiła wszystkie trudy i samo-zamykające się z niewyspania oczy. Było warto, stokroć warto! (Zawsze warto!) No i wreszcie w Tatrach zaczynało robić się zielono!

Już na zejściu w Dolinie Pięciu Stawów (godzina jakoś po 7) mijamy grupkę chłopaków z linami.

– Nie macie może baterii paluszków? Idziemy się wspinać, a kolega zapomniał do krótkofalówki.

– Oj, ja mam tylko małe baterie.

– O tak te małe! Mogę je od Ciebie odkupić? Proszę?

Roześmiałam się szczerze: – Odkupić? Oszalałeś? Proszę, weź wszystkie!

Dałam chłopakowi paczkę baterii z życzeniem udanego wspinu, a jednocześnie z cichą nadzieją, że karma kiedyś wróci 😉

Kolejny wypad to zrealizowanie naszego z Eweliną celu, który chodził za nami już tak od końca lata 2020 roku, kiedy to coraz śmielej zaczęłyśmy patrzeć na tatrzańskie szczyty i szukać kolejnych zamysłów w naszym zasięgu. Mała Wysoka po słowackiej stronie Tatr. Wybrałyśmy trasę wiodącą z Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody i powrót tą samą drogą – może długi i z tymi samymi widokami, ale za to wygodny ze względu na auto na parkingu. Czytałam opisy tego szlaku z tytułami w stylu „najnudniejsza dolina ever”, „jak to 12 km się dłużyło”, ja jednak byłam zachwycona i nie narzekałam ani trochę – ani na te same widoki, ani na długość, ani na jakikolwiek stopień nudy. Jedynie troszeczkę na słońce, bo na zejściu mi przygrzało, ale to tak tylko troszeczkę!

Dzień wcześniej padał deszcz i pogoda w Tatrach była lekko denna, nic nie było widać, ale tak jakoś wyczułam nosem, że warto zawierzyć prognozom i pojechać. Intuicja. No i kurde, miałam rację. Idziemy, idziemy przez tą „niby nudną” dolinę (jak dla mnie szlak do Morskiego Oka lub Chochołowska są sto razy bardziej nudne), lekka mgła, rosa na około, a tu nagle, w momencie, mgła się rozstępuje i wyłania się ściana. Wielka ściana. Agusię w tym momencie wmurowało razem z salomonkami.

O ku.wa, o ku.wa, o ja nie mogę, to jest Młynarz, ściana Młynarza! – gadam przejęta, przeklinając pod nosem, a Ewelina spokojnie odpowiada: Nie Agusiu, to tylko ściana Małego Młynarza. Małego!

Z mgły wyłania się ściana Młynarza. Małego Młynarza.

O matko. Ilość przekleństw zachwytu, wypowiedzianych tego dnia przerosła nawet mnie samą i moją niewyparzoną gębę również.

Idziemy, idziemy, pytam Eweliny, jak się czuje, bo było dość ciepło i ja na przykład czułam się trochę przygrzana i przyjarana (jakkolwiek to brzmi), a ona mi odpowiada: Dyszę sobie, ale idę – nie muszę siadać i jest dobrze. No i w końcu dolazłyśmy – na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką, po słowacku zwaną Vychodną Vysoką. O matko, tyle się naoglądałam zdjęć z tamtego miejsca, tak cudownie było je zobaczyć na żywo! I te wszystkie tatrzańskie kolosy – od Gerlacha, Wysokiej, poprzez Lodowy i Łomnicę, aż po wspaniały i rogaty Staroleśny na pierwszym planie! Oczopląs! I to jeszcze z dynamicznymi chmurkami, które sprawiały, że cały czas coś się działo. Na szczycie przesiedziałyśmy chyba ze dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały. Dobrze jest się nigdzie nie spieszyć!

Rozkręciłam się. Tak cudownie dopisała pogoda, że kolejny weekend również zapowiadał się ładny,  przynajmniej sobota. Taki z możliwymi chmurkami, ale i słoneczny, choć chłodny, więc zaopatrzyłam się w długie portki i puchówkę (oraz nieodłączne dwie pary rękawiczek, których już w ogóle z plecaka nie wyciągam – czy luty, czy lipiec). Grzech było nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Trójka szalonych fotografów hobbystów ( zerknijcie na profile @moocharsky i @matimomot na Instagramie) wybrała się na kolejny wschód. Tymczasem rudy Aganiok spełnił swoje kolejne życiowe marzenie – wschód słońca na Rysach! To było coś niesamowitego. Trzeci raz byłam na Rysach i dopiero teraz, za trzecim razem, warun siadł idealnie (pierwszym razem mleko i ulewa, za drugim wiatr urywający głowę i spychający w przepaść). Co więcej – zostałam odczarowana! Po raz trzeci widziałam Widmo Brockenu! A potem czwarty, siódmy i już straciłam rachubę ile ich tam jeszcze było 😉

Brocken po raz trzeci, nieostatni!

Tego dnia na Rysach działa się istna magia. Stałam tak jak zaczarowana i nie mogłam oderwać oczu od tego spektaklu. Co się tam działo, to głowa mała! Brak słów – z resztą zobaczcie sami małą namiastkę tego 😄

Magia!

Można powiedzieć, że po Rysach trochę „doszłam do wprawy” z tymi wschodami, bo nawet już mi się spać tak bardzo nie chciało, jak poprzednim razem na Kozim po zarwanej nocce 😉 To w sumie tak jak ze wstawaniem o 1 w nocy, by standardowo jechać w góry – idzie się do tego przyzwyczaić i budzik o tak dzikiej porze nie jest już nawet taki straszny. A najlepsze (najgorsze?) jest to, że apetyt na te wszystkie wschody rośnie w miarę jedzenia…

Jednym z moich postanowień noworocznych końcem zeszłego roku było „trza cisnąć” – realizuję je więc jak tylko mogę, no i cisnę… W ogóle wtedy miałam taki ciąg aktywności, że jak nie góry, to rower, znowu górki (nawet jeżeli jest to szybki wypad po pracy na Leskowiec na borówki), znowu rower, jeszcze więcej roweru… Trza cisnąć, tym bardziej, że to lato jest tak krótkie, ładnych i słonecznych dni mamy tak niewiele… Smutne to trochę. A na pewno nostalgiczne.

Z serii: najpiękniej za miedzą

Kolejny wypad – realizacja kolejnego celu z Eweliną. Wymarzyłam sobie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem w pełnej zieloności – uff, udało mi się o rzut beretem! Bo nie chcę nic powiedzieć, ale zaczynam zauważać pierwsze przejawy rudej trawy pomiędzy tą zielonością i letnimi kwiatami…

Tak w ogóle to jest straszne – wyjątkowo wcześnie łapie mnie takie poczucie, bo tak od połowy lipca, jak wyszłam rano z domu i uderzył mnie lekki powiew… jesieni? Jeszcze nie zrobiłam rytualnego odsłuchu piosenki „Kończy się lato” rosyjskiej grupy Kino, ale chyba pora to uczynić – jesień jak fix, z każdym dniem coraz bardziej ją nie tylko czuć, ale i widać! Ok, włączam… https://www.youtube.com/watch?v=iOvYGQtFBNM

Morskie Oko o 6 rano zawsze robi wrażenie – bez tych dzikich tłumów, które można spotkać tam po południu… Ale za to tak spokojnie od Czarnego Stawu pod Rysami, zielonym szlakiem pod Chłopka… Jak to stwierdził napotkany na zejściu pan –wreszcie cisza i nie będzie już ludzi w sandałach” – trafił w sedno! Tam nie ma przypadkowych turystów, nie ma dzikich tłumów, więc jest spokojnie, a nade wszystko – bajecznie pięknie! Kto jednak ma zawirowania głowy od patrzenia w przepaść – polecam najpierw oswoić się na mniej eksponowanym szlaku. Dla nas jednak adrenalinka pierwsza klasa i aż chce się więcej 😄

Posiedziałyśmy spokojnie na Przełęczy, popatrzyłyśmy na Mięgusza Czarnego, na którego to szczyt wlazłyśmy zeszłej jesieni – lubię taką formę szczytowania i chilloucik 😉 w dodatku kupiłam sobie ostatnio termos obiadowy – powiem Wam, że spaghetti na szczycie smakuje wprost wybornie i wręcz wyrywałyśmy sobie ten termos z rąk, ale całe szczęście starczyło na nas dwie. Polecam taki zakup 😄 Po tym wypadzie stwierdziłam, że kolejny raz nad Morskim Okiem będę w październiku, nie wcześniej 😆

Nie zdążyłam sobie dychnąć na spokojnie, a tu kolejny weekend na horyzoncie… W dodatku 23.07 – Dzień Włóczykija, a dzień święty trzeba święcić!! Miał być wschodzik w Pieninach, może Babia, bo blisko… a skończyło się na kolejnej nowince w moim górskim CV – na Koprowym Wierchu w Tatrach Słowackich! Ledwie tydzień wcześniej pokonywaliśmy połowę tej samej trasy idąc na Rysy, kiedy to na rozwidleniu przy Żabim Potoku skręcaliśmy na prawo – na Koprowy szlak prowadził na lewo. Dużo słyszałam o tym szczycie, równie dużo zdjęć się naoglądałam, więc dobrze było zweryfikować te wyobrażenia z rzeczywistością. Zapowiadali cieplej, niż tydzień wcześniej, więc poszłam na żywioł i ubrałam krótkie gacie, a potem, oczekując godzinę na wschód, szczękałam zębami z zimna (dzięki czemu wybudziłam się już totalnie). Po ostatnich upałach było to bardzo orzeźwiające i wręcz przyjemne 😄 Może ten wschód na Koprowym nie był tak bardzo spektakularny, jak na Rysach, ale również miał swój urok. Bardzo widokowe miejsce – trzeba będzie tam powtórzyć jakiś jesienny zachodzik 😉

Pomiędzy tym wszystkim był jeszcze zachód słońca na Wysokim Wierchu (w Pieninach nie byłam od maja!), borówki na Leskowcu i na Potrójnej, przetwory, rower i inne takie atrakcje.

Kończy się lato?

Po tym wszystkim rzuciłam paskudne wiedźmie zaklęcie: Oh, ale bym chciała deszczowy weekend, posiedziałabym w domu i se dychnęła, nalewki trzeba poprzelewać. Mówisz i masz Ruda Wiedźmo – cały, caluteńki weekend deszcz padał jak z cebra, aż trzy beczki na deszczówkę nam przelało w ogródku. Hm. No dobra, jednak przesadziłam. Nie powinnam pewnych rzeczy wypowiadać na głos i rzucać tak silnych zaklęć. 😉planowałam wolne w tygodniu i wypad w Tatry – wierzbówka w rozkwicie!! – a u rzeki płyną szlakami. Nie mówiąc o suchej skale. Całe szczęście do czwartku zdążyło się wypogodzić. Uwielbiam jednodniowy urlop w środku tygodnia – dzida w góry o 2 w nocy. Zdążyłam nawet na wschód! Niech nam będzie różowo, niech róż będzie z nami… Patrzymy na świat przez różową wierzbówkę… W takim miejscu i takim czasie można przywoływać z pamięci wszystkie powiedzenia związane z różem – macie coś jeszcze na myśli? 😆 Popatrzcie sami. BTW – poniższe zdjęcie zostało wybrane przez Ekipę ze Schroniska Murowaniec jako jedno z trzech najlepszych, obrazujących szczyt kwitnienia wierzbówki tego roku. I ja w tym zaszczytnym gronie!

Rożowo mi!

 Różowe łany wierzbówki kiprzycy na Hali Gąsienicowej były tylko przedsmakiem tego, co czekało na nas później. Po raz kolejny chciałam zmierzyć się z Orlą Percią. Tym razem nie na raz jednego dnia, jak zrobiłam to końcem października zeszłego roku, ale z  Eweliną – przedłużając jej „najdłuższy fragment”. W 2020 przeszłyśmy razem Granaty, w 2021 odcinek Kozi Wierch-Granaty, to w 2022 musiał paść Zawrat-Granaty. Na 20-te urodziny Eweliny (rocznikowo w 2023) przejdziemy razem całość, to już postanowione 😉 Śmiałam się, że kuuurde – ledwo się świstaki obudziły, a tu zaraz pójdą spać (sic!), a ja jeszcze w tym roku żadnego nie widziałam! Chwilę później Ewe wypatrzyła jednego grubasa wśród skał – uf, zaliczone! Oczywiście widziałyśmy też kozicę – to zawsze dla mnie jest takie swoiste uspokojenie i znak, że tego dnia wszystko w górach będzie dobrze. Ot, zwykła kozica na szlaku.

Tym razem Orlą Perć (ok, jej 2/3, ale w tym najtrudniejszy technicznie fragment Zawrat-Kozi – btw – szlak Skrajny Granat-Krzyżne był zamknięty z powodu remontu, więc nawet jakbyśmy chciały przejść całość nie byłoby to tego dnia możliwe) przeszłam dużo bardziej świadomie i już nie miałam w głowie „tylko nie patrz w dół” i że się zdupcę (za przeproszeniem) od tego samego patrzenia, chociaż tak prawdę mówiąc to od tych przepaści można dostać zawrotów głowy. Wiedziałam, jaki fragment teraz przechodzimy, gdzie się znajdujemy i w ogóle. Przed pierwszym krokiem nad przepaścią i dotknięciem łańcucha poprosiłam Ewe, żeby szła przede mną – jakoś lubię mieć świadomość, że przede mną jest ktoś, kto to przejdzie – wtedy wiem, że ja też dam rady. Chyba nie poszłabym na Orlą solo – bałabym się. Przed Żlebem Honoratka westchnęłam głośno, a potem to już poszło-pojechało. Dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Na spokojnie, ale z buzującą we krwi adrenaliną, z dziką frajdą dałyśmy radę! Cóż – Orla tylko dla Orłów, ewentualnie dla dwóch Kozic z Witanowic 😉

Słowem dnia został „upierdek” – powtarzałam je notorycznie, określając tak chociażby Giewont czy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów – bo ten Kozi od Orlej to miażdży i wbija w salomonki. A, tak przy okazji – jeden pan, widząc dwie młodo wyglądające kozice w kolorowych kaskach i krótkich spodenkach skwitował, że mamy nieodpowiednie buty jak na Orlą Perć. NO NIE ZGODZĘ SIĘ Z PANEM – wypaliłam, gotowa bronić swoich różowych biegówek salomonków z najlepszą podeszwą pod słońcem i jeszcze bym się z gościem pokłóciła tuż przed Kozimi Czubami 😉 nie lubię, gdy ktoś, totalnie niemający pojęcia próbuje mi wciskać swoją rację. To, że mam niskie buty „niechroniące kostki” jeszcze nie świadczy o mojej nieodpowiedzialności! Polecam przyczepić się kogoś idącego na Rysy w adidaskach, bo pan chyba złych butów w Tatrach nie widział.

Widok ze Skrajnego Granatu – chyba najpiękniejszy z całej Orlej 🙂

Czy Orla była kwintesencją tego lata? Myślę, że poniekąd tak. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, bo warunki były świetne, pogoda dopisała – a teraz za to pada deszcz i prognozy nie zapowiadają szybkiej poprawy. Teraz to już dupówa może być, jesień na całego. Poza tym byłam bardzo dumna z Eweliny, jak dobrze sobie poradziła na tym szlak. Zuch, maładiec. Otwarli remontowany szlak Skrajny Granat-Krzyżne, więc pewnie jakiegoś pogodnego wrześniowego dnia wybierzemy się tam dla czystej przyjemności, zanim Młoda pojedzie na studia… Wtedy plan lata będzie zrealizowany w 100%. 😄

A na deser – jeszcze więcej różu!

Teraz to już tylko jesień! 💛

Trzymajcie się ciepło!

Dzikie wojaże

Tam, gdzie się kończy maj

Wiosna znowu wytrąca z równowagi. Chodzę taka rozedrgana, jak krople rosy na trawie, czy sama nie wiem, jak ten stan mego niespokojnego ducha nazwać. Znowu na nic nie mam czasu, bo wszędzie mnie nosi, latam jak nakręcona i tak dalej. Długo wiosna nie mogła się wyrobić, prognozy były niepewne, więc szybkie decyzje rodziły się bardzo spontanicznie, bardzo.

Dialog dwóch fotografów:

A: Głupia ta pogoda, ciągle się zmienia.

M: Dlatego wolę jesień. Jak w prognozie pokazuje lampę, to jest lampa.

A: A że ja jestem porąbana jak ta wiosenna pogoda, to i tak wolę wiosnę.

Z ogłoszeń parafialnych: miałam prelekcję w Zatorze – to już moja piąta dla publiczności! Śmiałam się, że na plakacie nazwali mnie „podróżnikiem”. Kiedyś słuchałam podcastu Gdziebądzia z Gdzieśtybył i fajnie rozróżnił: podróżnikiem był Kolumb, ja mogę być jedynie osobą podróżującą. Ale to taki lekki niuansik. 😆 Miło było znowu poopowiadać!

Ogłoszenie parafialne nr 2 – moje zeszłoroczne zdjęcie uli w rzepaku wylądowało na okładce branżowego czasopisma Pasieka.

Poza tym sezon ogródkowy pełną parą – praca po pracy dzieje się głównie tu. Standardem jest zawołanie Mamy: „Chodź tu, bo tak się zastanawiam, GDZIE BY TO POSADZIĆ? 😅

Praktycznie cały kwiecień upłynął w oczekiwaniu na to, jak wiosna nabierze kolorów. Tuż przed świętami, zaraz po pracy pojechałam na Podhale w poszukiwaniu krokusów. Koreczek jedynie w Makowie, potem aż do samego Zakopanego droga praktycznie pusta – nic, tylko jeździć po pracy! Spacer wśród szafranowych łanów, piknik na łące z widokiem na Giewont, a potem wypad do Zębu, najwyżej położonej wioski w Polsce – lubię takie dni. Szczegół, że droga tam i z powrotem zajęła więcej, niż spacerowanie. Po prostu lubię takie dni i zawsze warto się wybrać!

Preludium przedwiośnia w górach to wypad na Spisz i Zamagurze – wyskok na Przełom Białki, potem Czarna Góra Litwinka, a na deser przepiękna spiska wioska po słowackiej stronie – Osturnia i zachód słońca na jej polach, z widokiem na Tatry Bielskie. Co za miejsce, co za potencjał! Tak jak kiedyś zachłysnęłam się Litwinką (że aż się wywaliłam z wrażenia i potargałam sobie portki na kolanach), to teraz wiem, że na pewno wrócę na Osturnię!

Tatry z Czarnej Góry Litwinki

Pierwszy raz wiosnę pełną piersią poczułam późno, bo dopiero 28.04. Tradycyjne 3h roboty po robocie (ogródek sam o siebie nie zadba, zwłaszcza wiosną, a poza tym to najlepszy sposób na odstresowanie) nieco skróciłam i wybrałam się na szybki rower nadrzecznym wałem i pomiędzy stawami. Mocny zapach kwiatów czeremchy uderzył mnie jak z obucha. Śpiew ptaków, a nad stawami kanonada żabich rechotów – wszystko jeszcze dość nieśmiało, ale pewnie pokazało, że to nareszcie koniec snu zimowego i pora budzić się do życia.

Na następny dzień otwarłam sezon na dojazdy do pracy rowerem, a pod wieczór znowu wyskoczyłam na dobicie kilometrów i szybkie zdjęcia – jak pięknie wygląda wijąca się rzeka Skawa i rosnące po obu jej brzegach wierzby, oprószone młodziutkimi listkami! Wiosnę poczułam wtedy po raz drugi.

Trzeci dzień zachłyśnięcia się wiosną to ostatni dzień kwietnia i „majówkowy” wypad w Pieniny: wschód na górze Wdżar, foto-stop przy drodze w Sromowcach i fragment Pętli Spiskiej przez Polanę Tabor i Cisówkę (z majówkowym piwkiem i piknikiem na łące). Najlepszy był powrót – dzida! Droga pusta, a w stronę gór dzikie korki aż po sam Jordanów…

Potem z wiosną-wiosenką to już poszło i przestałam liczyć dni, w których czuję wiosnę. 

Maj okazał się nad wyraz ładny. Przyroda nadrobiła i pokazała swą krasę – aż chce się żyć, naprawdę. Rower, ogródek, syrop i nalewka z mniszka, gonię jak nakręcona, na nic nie mam czasu, ogólny rozgardiasz w głowie – wiosna. 😆 No i rzepak… Jak widzę te żółte pola, to przepadam, a ten rok jest nad wyraz bogaty w miejsca z dobrym widokiem! I w dodatku jakże blisko domu! Same plusy! ☺️

W tygodniu znowu szybki wypad po pracy – razem z Margot pojechałyśmy na Polanę Stumorgową. Mama skomentowała te wypad: „ Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnio to chyba na Poczwórnej* na jesień… (…) I zamiast leżeć na leżaczku, to co ja robię?! No idę!” 😆 A wybrałyśmy się dlatego, bo Ewelina zakończyła tego dnia swoje matury – niech się Młoda uczy celebrować ważne chwile w życiu! I powtarzać, popijając piwko z widokiem – WŁAŚNIE TAK TRZEBA ŻYĆ! 😆

*Mamie chodziło o Potrójną…

13.05 wypadał w piątek – tradycyjnie już wzięłam więc wolne w pracy (jakże 13-go w piątek być w pracy!!) pojechałam razem z Mamą i Eweliną na cały weekend w Pieniny. Potrzebowałam takiego wyjazdu. Pieniny wiosną są jedynym godnym wyborem – zielono, pięknie i świeżo, z widokiem na ośnieżone Tatry – czego chcieć więcej? No, ewentualnie łąki usłanej mniszkowym dywanem – wtedy to już oczopląs totalny, a gęba sama się śmieje (przynajmniej moja). Niespieszne wędrowanie, chłonięcie widoków i wrażeń – po 30 km nogi mogą boleć (zwłaszcza, jeżeli chodzi o spalenie ich na raka…), ale za to głowa jaka pusta, świeża! Z tym niespiesznym wędrowaniem to jednak źle to ujęłam – chciałam sobie pocisnąć i tak zrobiłam. 😛 Była jeszcze z nami Asia z Emilką, więc wszystkie moje dziewczyny szły swoim tempem, a Agusia latała „na czas”, by się sprawdzić i mieć rekordy do bicia. 😆 Nie, nie biegam. Ja tylko chodzę, ale raźnym, żwawym krokiem. Poszłam sobie na wschód słońca na Lubań – w 80 minut (zamiast 2,5 godzin, określonych na drogowskazie) i na wieży usłyszałam od gościa jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki w życiu ktoś mi powiedział: „DZIEWCZYNO, TEMPO TO TY MASZ ZABÓJCZE, NIE MOGŁEM CIĘ DOGONIĆ!” To jest zaraz obok tekstów w stylu: „Pijesz jak Ruska” od pewnego Rosjanina w Tallinnie i „Lubię, jak tak wulgarnie przeklinasz”. Wysoki Wierch w 45 minut – i to wcale nie z wywieszonym jęzorem, ale ot tak sobie, po prostu, hasając jak w podskokach…. Wszędzie piękna wiosna, soczyste, zielone kolory, chmurki i błękitne niebo – po prostu idealnie, nogi same lecą. Do sielankowego pejzażu brakowało jedynie stada owieczek 😉 Mama skomentowała i te moje wyczyny: „Aga to to taki półmutant. W górach nie pije, nie zatrzymuje się, odpowiada od niechcenia…” – zawsze mogę liczyć na jej szczerą opinię! 😆

Połaziłam sobie jeszcze po Sromowcach i Niedzicy, nie mogłam się nadziwić, jak szybko topnieje śnieg w Tatrach! Znaczy to jedno: sezon suchej skały blisko! Kozica już grzeje kopyta! 🔥

Na deser, trzeciego dnia pienińskich wojaży była Łapszanka z mniszkowym dywanem. Przeczytałam ostatnio w książce („Bieguni” Olgi Tokarczuk, mega), że jedyna właściwa perspektywa to ta z lotu ptaka, bądź z punktu widzenia żaby, żadna inna się nie liczy. Dlatego więc poświęcam się dla tych zdjęć, staram się jak mogę (choć sama nie wiem właściwie po co i w jakim celu – ot tak, fanaberie artystycznej duszy….) i takie oto efekty potem widać:

Łapszanka

Kolega w pracy pyta mnie ostatnio: „Czemu Ty rano – i to w pracy! – jesteś tak obrzydliwie zadowolona?!Odpowiedziałam mu, że w sumie mam wiele powodów do radości każdego dnia, więc tak samo z siebie, chociaż akurat wtedy powodem naczelnym był fakt, że jeszcze dwa dni i urlop! 

Zarobiona jestem przeokrutnie, nie ogarniam – chyba wypadałoby się zacząć pakować? 😆 Powiem Wam jedno – kolejne zdjęcia będą już nie z widokiem na Tatry… A na Kaukaz!

PS. To będzie wyjazd na takie YOLO, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki za samolot, żebym tam wsiadła i żeby wystartował!

Polana Tabor
Dzikie wojaże

Porcja ciepłych złudzeń

Z Comą na głośnikach wspominam, jak kosmicznie dłużył mi się marzec zeszłego roku. Nie byłam wtedy ani razu w górach, pogoda była do bani i tak jakoś miałam ochotę się wystrzelić w kosmos. „Dla mnie też za długa zima i zła”. W tym roku o niebo lepiej. Pomijając fakt wojny na Ukrainie i drogiej benzyny. Za to ogłosili koniec pandemii, tak dla balansu. 😆

Babia Góra, 5 minut od domu

Myślę, że Tłusty Czwartek tego roku zapamięta większość z nas. Kiedy my tu sobie jemy pączki oblane lukrem na śniadanie, obiad i podwieczorek, a w sąsiednim państwie, w sercu Europy wybucha wojna. Było to dla mnie bardzo ciężkie, ponieważ, można powiedzieć, znam ludzi z obu stron frontu. Rosjan – otwartych, gościnnych, z którymi można było porozmawiać o przepisie na ciasto, jak i literaturze, ale i Ukraińców – tak samo – otwartych, gościnnych. To ludzie tacy jak my. A tu nagle wojna. Rosja, „moja” Rosja atakuje Bogu ducha winną Ukrainę. Zaczyna się propaganda, a ja, przeglądając rosyjskie nagłówki nie wierzę w to, co widzę. Znajomy przewodnik spod Elbrusa przyznał, że jest mu wstyd, że ma rosyjski paszport. Wstrząsnęło mną to wszystko, cały pierwszy tydzień żyłam tylko tym, „co na wojnie”, żal mi było zwierząt w zoo i na ulicach, żal mi było nawet zniszczonego samolotu Mrija (nomen omen – „mrija” to po ukraińsku „marzenie”)! W końcu stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć, bo nie jestem w stanie funkcjonować, a umartwianie się nic nie da, bo doszłam do wniosku, że widząc coś takiego jeszcze bardziej trzeba się cieszyć tym, co się ma. I doceniać, bo można to wszystko stracić przez jednego szaleńca w kilka minut. Poszłam sobie kiedyś w tygodniu na Babią Górę, spizgało mnie konkretnie, przeczyściło łeb i wróciłam do siebie. Dzisiaj jedynie szybki research, najlepiej w postaci memów. Moim hitem są definitywnie te z traktorami i czołgami, ale wielkie brawa również dla Gruzinów, którzy na prośby Rosjan o dotankowanie okrętu na Morzu Czarnym odpowiedzieli, jak to oni, z humorem: Cóż, jak się skończy paliwo, to będziecie musieli wiosłować…

A jeszcze nie tak dawno czytałam książkę o Donbasie i pisałam recenzję – dziś nabiera to innego znaczenia… https://arytmia.eu/apartament-w-hotelu-wojna-reportaz-z-donbasu/

Tatry z Babiej Góry i smog w dolinie

Pierwszy weekend marca, tuż po odświeżeniu i resecie głowy, wybrałam się z Matim na wschód słońca na Babią Górę. Myśleliśmy najpierw o wschodzie na Kasprowym, ale że była sobota godzina 19, na ustalenia trochę późno, bo wypadałoby jechać tak o 22, padło na Babią. A bo zimą w tym roku nie byłam, a że w sumie blisko, no to jazda. Kurde. Trzeba było jechać na ten Kasprowy. Babia tego dnia była po prostu za nisko. W totalnej mgle, choć oko wykol, a na kamerkach TOPR w Tatrach – piękne słońce, a w dole inwersja. Morze chmur. Ale jakoś tak stwierdziłam – no i dobre. Tak miało być. Ważne, że wyszłam z domu i się wyrwałam. W sumie to śmiać mi się chciało. Miałam omrożone rzęsy (mimo, że nie było zimno), a ludzie na szlaku w drodze powrotnej się zatrzymywali i mówili: o jeju, jakie ma pani piękne rzęsy! Miałam bekę, bo w życiu nie słyszałam komplementu na temat swoich rzęs, które raczej do zbyt okazałych nie należą! 😂

Zgredek ze zmrożonymi rzęsami

Na wschód słońca na Kasprowy pojechaliśmy tydzień później. Pobudka 23:20, wyjazd o północy. Mocna kawa i można działać (ta kawa w drodze to powoduje, że śrubki mi wskakują na właściwe obroty i jestem jak nakręcona). Wschód wschodem, ale tak stoję i patrzę się na piękną Świnicę w zimowej szacie – zdjęcia bez szału, bo jakoś tak nie mogłam się skupić … Pokręciłam się, pomyślałam i skończyłam na taternickim wierzchołku Świnki. 😄 Łaaaa, co za ogień! Tego mi trzeba było! Taką zimę to ja lubię 🤩 Oczywiście przeżyłam pierwsze zjaranie tego roku. Jak na połowę marca – takie konkretne. Potrzebowałam witaminki D, ale to już taka dawka końska! Tak, zapomniałam kremu z filtrem. Nie uczę się na błędach, tak aż do kolejnej powtórki.

Naładowana adrenaliną i pozytywną energią już w niedzielę wieczorem powtarzałam sobie, że tylko spokojnie, byle do piątku… Pogoda piękna, więc grzech nie wykorzystać! I tak jakoś z rozpędu kolejny weekend też pojechałam w góry. Nie ma to jak pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitać w Tatrach i to w tak zimowej scenerii! 😉Spełniłam swój mały górski cel – Zadni Granat zimą. Uwielbiam widoki z Orlej Perci, nie mają sobie równych! Nie widziałam ich aż od końca października – stęskniłam się! Plażing smażing na Granacie, ludzie płacą za solarium, a ja to mam za free. Mądrzejsza jednak o zeszłotygodniowe doświadczenia spakowałam krem, więc mogłam opalać się bez ryzyka flagi na czole. Dupa. Co z tego, że ryj w miarę posmarowałam, jak spaliło mi szyję (jakby mnie kto przyduszał) i ręce (bo było tak ciepło, że miałam podwinięte rękawy)? Nie, definitywnie nie uczę się na błędach – i tak za każdym razem coś mnie jednak zaskoczy. Przypomniało mi się, jak w Gruzji spaliłam się pod kolanami, a będąc w Baku odbiły mi się wiązane sandały. 1,5 godziny na szczycie, a mogłabym tak do zachodu zostać, tak było fajnie. Oczywiście zdjęć tysiąc pięćset, bo przecież kolory się zmieniają, chmurki przemieszczają, wychodzi dusza impresjonisty, a potem szukaj najlepszego kadru! Ładowanie baterii – in progres… 🔥

Marzec jeszcze iście zimowy, jakoś ta wiosna nie może się wykaraskać, ale zaczęły się powoli prace ogródkowe i rozsady – trzymajcie kciuki za ciepły sezon i moje dzielne arbuzy! Ostatnio miałam też fajne spotkanie z sarnami – poszłam kawałeczek w pola, stałam za krzakiem tarniny, a tuż przede mną stado 13 osobników. Napatrzeć się i nacieszyć nimi nie mogłam! Pomiędzy pracą a weekendowymi wypadami w góry udało się również przeciupać na rowerze całe 104 km po swoich okolicznych górkach-pagórkach. Trza cisnąć, forma sama się nie zrobi. Ostatnio w rozmowie z kim (już nie pamiętam z kim, za dużo gadam) stwierdziłam, że zima fajna, ale mimo wszystko ja już czekam na suchą skałę. – Co to jest Sucha Skała? Gdzie ten szczyt?

Doczekałam się wreszcie zmiany czasu. Miała być po raz ostatni, ale ponoć weszła ustawa, że Unia Europejska ma podjąć decyzję, który czas pozostawia do roku 2026. Przedłużone ze względu na pandemię i wojnę – jako argumenty na wszystko… W każdym razie – godzina 19 i dopiero zachodzi słońce! To bardzo budujące – i ileż czasu po pracy, który można dobrze zagospodarować! Starczy i na ogródek, i na rower, i na zachody słońca… Nie jechałam w Tatry, ale ujrzawszy w niedzielę rano z ogródka Babią Górę – wreszcie wróciła szalona przejrzystość – pierwsze co, to poszłam w pola, po czym postanowiłam, że ja tego tak nie zostawię, nie usiedzę i po szybkiej kalkulacji pojechałam z Eweliną na Potrójną. Biedne dziecko miało się uczyć do matury z matematyki (z matematyki na humanie – bez komentarza……………….), a zła starsza siostra je drastycznie wyrwała z tego transu i nakazała żwawy spacer na jakąś górkę! 😉 Potem jednak bardzo cieszyła się, że się ze mną wybrała, bo było pięknie. Gdybym ja miała taką starszą siostrę, która by mnie tak wyciągała… 😆

Babia Góra z Potrójnej

Przeleciał marzec szybko. W prognozach na najbliższe dni jakieś załamanie pogody na horyzoncie – no tak, kwiecień plecień, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i jakoś to przetrwać… A z drugiej strony nabrałam smaczka na zimowe Tatry, może uda się zrealizować jeszcze jeden mały cel… Tak na majówkę w zimowych warunkach na przykład 😆 Bo to, że śnieg będzie leżał do końca czerwca, to standard. Pożyjemy zobaczymy. Życie uczy, że plany to można mieć…

W każdym razie – wiosna jest bliżej niż dalej, jest praktycznie tuż za rogiem i tylko czeka, by buchnąć całą mocą zieleni i nadziei! Tego się trzymajmy!

PS. Co do tego zdjęcia:

Mama: Jak to zdjęcie zrobiłaś? Przecież nie padało. Pokazujesz inną rzeczywistość.

Aga: Nie, ja tylko ją czaruję. Spryskiwaczem.

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2021

Zaczęłam to podsumowanie pisać w pracy na kolanie, pod wpływem nagłego natchnienia, pomiędzy jednym telefonem a drugim; kontynuowałam w Paryżu, dopisując kolejne skrawki urwanych myśli, a kończę w domu, popijając pokrzywą, którą zbierałam początkiem maja i tak jakoś zapomniałam o jej istnieniu, więc teraz się upajam.

Grudzień i końcówka roku zawsze jest u mnie dość gorący i jednocześnie pełen wyczekiwania. Tu Mikołajki, tydzień później moje urodziny, potem urodziny Eweliny – w tym roku osiemnaste! –, potem Święta (w tym roku wypadające wyjątkowo dennie, zwykły weekend z potrójną ilością żarcia), Sylwester i Nowy Rok – uf, dopiero wtedy można złapać oddech.

Grudzień pełen wyczekiwania, ale i refleksji, napadających mnie tak właśnie niemalże cały miesiąc – a bo urodziny, a bo rok dobiega końca, przychodzi czas podsumowań…

Swoje urodziny spędziłam w Paryżu – opowiem o tym innym razem, koniecznie! 😁

Ponoć wymiana krwinek w organizmie człowieka odbywa się co 7 lat. Może to wpłynąć na zmiany – w sposobie myślenia, bycia, życia. Dziś, rok po mojej czwartej wymianie krwinek (😂), jaka wg tej teorii miała miejsce w 2020 roku,  faktycznie zauważam pewne różnice w samej sobie. Tak jakby – jest inaczej. Wiele rzeczy zrozumiałam, trochę odpuściłam, kilku powiedziałam, że za cholerę nie odpuszczę, bo „trza cisnąć” i tak sobie żyję – carpe diem dzisiaj, bo jutra może nie być. Owszem, dodatkowo swoje zrobiła pandemia i ten dziwny czas, albo po prostu – tak się złożyło, tak miało być, tak pisane jest  gwiazdach, przeznaczenie i kropka. W każdym razie – dobrze mi się żyje. A jak mi nie jest dobrze, to biorę rower i jadę nad stawy, albo biorę kopaczkę i plewię rabaty w ogródku.

Po powrocie z Gruzji i odnalezieniu się w (post)pandemicznej rzeczywistości nauczyłam się czerpać radość z tego, co przynosi czas. Przede wszystkim tak urozmaicam sobie ten czas, by nie mieć ani jednej zbędnej chwili na szkodliwe „myślenie”. Praca-pracą, ale życie toczy się raczej po pracy 😉 ogródek i nasze wspólne z Muśmą wy/roz/prze/do/sadzanie, przycinanie, kopanie („HM, A Z KTÓREJ CZĘŚCI TRAWNIKA MOŻNA JESZCZE ZROBIĆ RABATĘ?!”), gotowanie i coraz bardziej wkręcające pieczenie, książki, ale nade wszystko i przede wszystkim – góry. Dobrze mieć blisko, o jak dobrze! (Choć zawsze mogłoby być bliżej 😝) Skoro nie mogę mieć innych wyjazdów – jadę w góry. Nałogowo. To jest nieuleczalne – chce się tylko więcej!

W 2022 roku czeka mnie zmiana kodu. 🙃 Tak, trójka z przodu. Tak, wiem, nie wyglądam, ale cyfry nie kłamią, choć młodość to stan umysłu. Chciałabym w tym roku zmiany kodu żyć tak, by w czyn wcielać wszystkie swe zamysły (oczywiście z głową 😅). Tak, jak spędziłam urodziny w Paryżu – chcę tu wejść, chcę ten kawałek tarty, o, ale w sumie brownie też chcę, a na deser po deserze należy mi się drink, a po drinku makaronik, BO TAKĄ MAM OCHOTĘ I JUŻ. Pełnia szczęścia.

Zbyt często zdarza mi się odpuszczać swe zamysły typu po robocie jechać na zachód słońca w Pieniny – mimo chęci i intuicji, która rzadko mnie zawodzi – bo korki, bo daleko, bo coś-ktoś mi tam powie, że niby „po co i bez sensu”. O nie. Chcieć – znaczy działać. Działać, nade wszystko! I to takie moje życzenie dla samej siebie na te urodziny i jednocześnie cel na 2022. Nie myśleć zbyt długo, tylko po prostu robić, co się umyślało w tym rudym, głupim łbie. Nawet Wyspiański powiedział kiedyś: „Dużo już by mogli mieć, gdyby tylko chcieli chcieć” – czyż to nie piękne przesłanie?

Żegnamy lata dwudzieste; witamy lata trzydzieste! Niech się dzieje OGIEŃ! 🔥

Urodzinowe zdjęcie wprost z Paryża. Tak na odmianę górskiego outfitu – czasem też potrafię się ubrać jak człowiek i wyglądać cywilizowanie 😝 Wrzuciłam je na relację na Instagrama – bardzo miło było widzieć tyle pozytywnych reakcji!

Paryżanka 🙃

Dobry był ten 2021, bardzo dobry. Znowu inny, znowu dziwny, Sytuacja nadal jest bardzo dynamiczna. Im dłużej żyję na tym świecie, tym mniej rzeczy mnie już dziwi. Zaszczepieni mieli nie nosić maseczek i swobodnie wyjeżdżać za granicę, ale jak to bywa w naszym uroczym, polskim grajdole, absurd goni absurd. Nieważne. Wedle zasady „żyj chwilą”, praktycznie przestałam słuchać radia (nawet w robocie lecimy na playlistach), bo mnie denerwuje głupie gadanie, medialne nadmuchiwanie i robienie z igieł wideł.

Zleciał szybko ten rok. W skrócie:

zima była długa, ale chociaż się wyszalałam na sankach, marzec dłużył mi się niemiłosiernie, arbuzy rosły jak oszalałe, a nie było warunków, by je wysadzić do gruntu. Czekałam na wiosnę z utęsknieniem (zawsze jestem za wiosną i kropka), a ta nie chciała buchnąć z pełną mocą. Za to sezon pszczelarski w robocie buchnął podwójnie i od wiszenia na telefonie miałam wyprany mózg. W międzyczasie zaniemówiłam i dosłownie straciłam głos. Lato było zdecydowanie zbyt krótkie, ale coś tam udało mi się z Eweliną podziałać w Tatrach, już zahaczając o jesień. Szpiglasik na bezgłosie, Świnica od Zawratu – petarda! – Kozi-Granaty, ale naszym wspólnym hitem została definitywnie wyprawa na Przełęcz pod Chłopkiem i pozaszlakowe wejście na Czarnego Mięgusza. To dopiero był odjazd! W międzyczasie z dnia na dzień zdecydowałam się pojechać w Dolomity – marzyłam o tym od lat! Jesień bardzo dopisała. W sumie to praktycznie co weekend gdzieś wybywałam, a te wszystkie szalone wyjazdy na wschody, zachody i różne wyrypy definitywnie uwieczniła Orla Perć końcem października – z której jestem dumna – na raz, w jeden dzień, w takich warunkach – cóż za endorfiny, cóż za adrenalina! I nie mam dość – latem tam wracam, z Eweliną i na zdjęcia. 😉 Do połowy listopada pogoda rozpieszczała, żal było tylko takich krótkich dni. Grudzień – jak to grudzień, prócz Paryża, wspominałam już o tym – upłynął głównie na oczekiwaniu. Szybkie Święta, w drugi dzień wypad na Wysoki Wierch zimową porą- pora zacząć wybierać zdjęcia do kalendarza na kolejny rok…

Stosunkowo mało w tym roku chodziłam po polach i polowałam na sarny – w końcu (jakby nie patrzeć) praca na etacie nanosi pewne ograniczenia, a poza tym zdecydowanie bardziej i częściej wyżywałam się w górach. Pieniny, Tatry, Tatry, Tatry nade wszystko i jeszcze raz Pieniny! Nigdy się nie znudzą, nigdy dość! To jest nieuleczalny nałóg. Chociaż z drugiej strony najlepsze zdjęcie moich kochanych dzikusków powstało właśnie w Tatrach, kiedy to schodząc ze Starorobociańskiego Wierchu spotkałam całe stado kozic! Poza tym jeszcze branżowo – makro pszczół – jedno moje zdjęcie ukazało się nawet na okładce gazety „PASIEKA”! W sumie to nawet piękny Lisik się trafił – i co lepsze – zdjęcie też udane! Czyli wcale nie jest aż tak słabo 😄

Moje zeszłoroczne postanowienie – by wyhodować arbuzy jeszcze większe i jeszcze słodsze niż rok wcześniej – nie do końca się powiodło z powodów czysto niezależnych ode mnie – słaba pogoda, deszcze, mało gorących dni. Udał się jeden jedyny, słodziutki i czerwony w środku, ale nie większy. POSTANOWIENIE DO POWTÓRNEJ REALIZACJI!

Co mi się jeszcze udało? Odważyłam się upiec bezę. Nie taki diabeł straszny, jak go malują! Teraz bezę piekę sukcesywnie, za każdym razem starając się dążyć do perfekcji. Beza deserem roku!

Beza z rana jak śmietana #aduparośnie

Małe zestawienie – 2021 w liczbach:

47 przeczytanych książek;

47 dni spędzonych w górach (w tym 5 x Wysoki Wierch, 4 x Kozi Wierch 3 x Babia Góra)

2 Legendy i jednocześnie wypad roku: ex aequo Orla Perć na raz i Czarny Mięgusz;

1 dawka szczepionki, która dała 4 wyjazdy zagraniczne – 2 x Słowacja, 1 x Włochy i 1 x Francja, która jest jednocześnie moim 23. krajem, który odwiedziłam;

1200 kwiatów mniszka zerwanych na syrop i 400 na nalewkę 😀

8 smaków nalewek i 1 wino;

• zdjęcia – w tysiącach.

Zdjęcie roku? Nie istnieje. Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Jaki problem miałam z wyborem zdjęć do kalendarza! Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2021, wybór czysto emocjnalno-subiektywny:

Postanowienia i cele na Nowy Rok?

Tak, jak już wspominałam – nade wszystko realizować swe pomysły, iść za głosem serca. To ma być mój rok. 🔥

Poza tym? Wyhodować duże, słodkie arbuzy – choć to nie ode mnie tylko zależy, a od pogody i batalii z hordą ślimaków i mrówek. Notować książki, które przeczytałam. Wrócić do Gruzji. Spisywać dni, spędzone w górach. Cisnąć poza szlaki. Wejść na Babią w mniej niż 60 minut. Ogólnie to bić rekordy. I nie żreć tyle czipsów!!!

Patrzę z wielką wdzięcznością na 2021 i z jeszcze większą nadzieją na 2022.

Wypijmy za ten odchodzący rok, za każdy promień słońca i za ten Nowy, co już czeka – by przyniósł same dobre chwile i by w żadnym stopniu nie ustępował kroku poprzednikowi!

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności dzisiejszych dziwnych czasów, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Życzę Wam też – jak zawsze! – dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało. Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Listopad jak mozarella.

Długie listopadowe wieczory ciągną się jak mozzarella w pizzy. Tyle że nie niosą w sobie tyle smaku z konsumpcji, co ten włoski przysmak. Zaciągają oblepiającym smogiem, melancholią i lekką depresją, co ogólnie można określić jako „jesienna chandra”. Cóż, powtarzałam to już tyle razy, że jestem dzieckiem światła i kwiatów, raz jeszcze podkreślę to, czego się trzymam zawsze o tej porze roku jak tonący brzytwy – BYLE DO WIOSNY. Pocieszam się jedynie tym, że po Świętach to już z każdym dniem będzie coraz jaśniej.

Z drugiej strony, przynajmniej jest czas na czytanie książek, pieczenie ciast, szukanie inspiracji (głównie cukierniczych…), przeglądanie zdjęć (co sięgam do archiwum, tam nieodkryta perełka wypływa na powierzchnię) i seriale. Przyjdzie marzec, to wszystko się skończy, bo zacznie się pora na rozsady, ogródek – ah, na samą myśl już przebieram nożycami! Na wszystko swoja kolej.

Choć, prawdę mówiąc, to tak do połowy listopada było całkiem znośnie, a wręcz idyllicznie pod względem pogody jak na tę porę roku. Poza tym mam taki cudowny ciąg – od września praktycznie co weekend gdzieś wybywałam. Co lepsze – jakoś się tak trafiało, że w większości były to moje ukochane Taterki. Taka częstotliwość nie zdarzała się wiosną i latem razem wzięte, a jesienią – która była nad wyraz łaskawa – udało się nadrobić! I chociaż trochę złapać witaminy D, która tak szybko umyka. O często ładowanych bateriach, które się szybko wyładowują, więc trzeba je ładować częściej wspominałam już ostatnio 😁

Tegoroczna jesień dopisała. Szkoda, że dni takie krótkie, ale miało to swoje plusy – jak chociażby zachody słońca w Tatrach i powrót do domu o „normalnej porze”! Miałam cudowne szczęście widzieć już trzy zachody na tatrzańskich szczytach – wrześniowy Kozi Wierch, a w listopadzie jeszcze przybył Szpiglas mój ukochany i w długi weekend zachód z Przełęczy Krzyżne. Wow, co za przeżycia, co za emocje! Przypomina mi się mądry cytat – prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca. Jakże to prawdziwe w dzisiejszych szalonych czasach… Nie da się tego piękna oddać słowami, zawsze się wtedy w tych słowach gubię; nie da się nawet w fotografii, ale mimo wszystko popatrzcie na zdjęcia.

Długi weekend listopadowy rozpoczął się na Litwince. Dodam tylko, jak byłam tam po raz pierwszy w Poniedziałek Wielkanocny i opisywałam to tak:

„TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko!”

Tym razem wybuch emocji i moje odczucia nie uległy zmianie, ale patrzyłam już pod nogi, by się nie wywalić, szkoda spodni. Złoty, idylliczny poranek był jedynie zapowiedzią tego, co na nas czekało.

Zachód na Przełęczy Krzyżne okazał się być trafem w dziesiątkę. Niesamowita perspektywa – leżałam sobie w norce z wyciągniętymi nogami (musiałam sobie odpiąć spodnie, bo było tak ciepło!) – z widokiem na Orlą Perć w całej okazałości – i tak prawie 4 godziny. Będąc tam końcem października jakoś nie miałam czasu na podziwianie tej wspaniałej perspektywy 😜 Co ciekawe – takie leniwe siedzenie na szczycie niesie w sobie dużo uroku i w ogóle się nie dłuży! Ewelina zawsze narzekała, że nie ma czasu na drzemkę, tylko ja zawsze hop-siup, ciasteczko i lecimy dalej – będąc ze mną na zachodzie na Szpiglasie doceniła niespieszną kontemplację. A z Krzyżnego słońce zachodziło centralnie za Kozim Wierchem. Oczywiście jak to ja, zdjęcia robiłam pod słońce, jednocześnie przeklinałam swoją brudną matrycę i ułomny obiektyw, ale coś tam w sumie udało się ustrzelić 😁

Korzystając z noclegu w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów w długi weekend po zachodzie na Krzyżnem, nie mogłam sobie odmówić pójścia na wschód słońca – szybciutki Kozi Wierch. 75 minut ze schroniska – to chyba całkiem szybciutko jak na swoje normalne tempo? 😜 I kolejne zaskoczenie, kolejna fala emocji nie do opisania – na szczycie, na wschodzie! – byłam sama. Usiadłam sobie, wyciągnęłam kawałek gruzińskiego chleba jako śniadanie (MHM, polecam, Mały Kaukaz w Wadowicach daje radę), termos z herbatą, czekoladka na deser, aparat w pogotowiu… I tak zaczęłam się cieszyć sama do siebie. Sama-jedna-na-wschodzie-słońca-na-Kozim-Wierchu-w-długi-weekend! Trzeba mieć farta nie z tej ziemi! Miałam go. Siedzę i się szczerzę do słońca. Znowu to samo – zdjęcia nie są w stanie tego oddać, chociaż bardzo bym chciała, by niosły ze sobą choć krztę emocji i uczuć, jakie mam szczęście doświadczać.

Kolejny weekend – znowu ładnie, więc znowu dzida w Tatry! Było pięknie, chociaż warunki zdecydowanie trudniejsze. Ale moje biegowe Salomonki świetnie sobie z nimi poradziły, raczki znowu nie zostały wyciągnięte z plecaka. Co lepsze – w życiu nie widziałam czegoś takiego, jak w tą niedzielę na Czerwonych Wierchach! Które tego dnia wcale nie były Czerwone, a brokatowo-krzyształowe:) niesamowite zjawisko – zmrożony deszcz i kryształki lodu sypiące się pod butami z każdym dotknięciem. Ni to jesień, ni to zima, totalny kosmos!

Na powrocie krótki foto-stop – kocham takie spontaniczne zboczenie z drogi i przystanek gdzieś na środku wąskiej ulicy. Rach-ciach, szybkie zdjęcie i można jechać dalej 😉 Gdybym mieszkała w takim miejscu, jak ludzie w wiosce Odrowąż w gminie Czarny Dunajec, cierpiałabym chyba na permanentny oczopląs, na które nie pomogłyby żądne korekcyjne okulary. Albo po prostu miała jeszcze większego kićka niż mam. W każdym razie – zdrowa na umyśle na pewno bym nie była. Btw, oszaleć przecież idzie od tych ciągłych zachwytów i palpitacji serca na każdy widok! Prawie wyrównuję sobie ciśnienie od pracy w obsłudze klienta 😂

A, jeszcze jedno. Tak na odmianę ciągłych tatrzańskich wojaży, którymi to teraz głównie żyję. Do zdjęć z Gruzji nie zaglądałam od stycznia. Kaukaskie archiwa stały się dla mnie jak zamknięta szkatułka, której lepiej nie otwierać, bo… trochę jak w piosence – „nostalgia to błysk do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my”. Tymczasem przyszła pora odświeżyć kaukaskie wspomnienia – po ponad 1,5 roku od planowanej premiery miała miejsce moja prelekcja w Andrychowie – dzięki zaproszeniu PTTK Chałupa. To była już moja czwarta prelekcja – lubię gadać, kiedy mam grono słuchaczy – udała się znakomicie! 😁 Zero stresu, nawijałam przez niemalże 1,5 godziny. Oczywiście miałam wrażenie, że jestem jednym wielkim chaosem, skaczącym z kwiatka na kwiatek, ale jak komentowali odbiorcy – nie było tego słychać. Albo po prostu chcieli być mili 😉 

Btw, z okazji prelekcji odświeżyłam nieco filmik, obrazujący kaukaskie wspomnienia przy rytmach rachuli w 3 minuty, zapraszam na krótki seansik: https://www.youtube.com/watch?v=GhL7jy-yAV8&t=1s

Cudownie było poopowiadać, powspominać, spotkać się z ludźmi… Aż chce się więcej! A nade wszystko chce się wrócić na ten Kaukaz, bo wiem, że na mnie czeka. Tak samo jak kilka moich ciuchów, które, mam nadzieję, nie zostały zjedzone przez kazbeckie myszy 😁 2022 – przybywaj, nie mogę się doczekać! 😈

Pora wkrótce brać się za tegoroczne Kolorowe Podsumowanie. Ale jeszcze czas na grudzień. Mój piękny i kochany grudzień!

Trzymajcie się ciepło w te ciemne wieczory i nie dajcie się chandrze! Trzeba znajdywać pozytywy. O, chociażby ciasteczka i gorącą czekoladę… Albo kieliszeczek zdrowotnej nalewki… Albo osiem, o.

Wasze zdrowie!

Dzikie wojaże

Nigdy dość!

W zeszłym roku już po Jagnięcym Szczycie (w połowie września) ogłosiłam koniec sezonu na Tatry Wysokie – czułam się nasycona wrażeniami, emocjami i widokami – po czym jeszcze w połowie listopada koniec sezonu odwołałam i ciupałam na Krzyżne, a w grudniu na Świnicę. W tym roku jakoś końca sezonu dotychczas nie ogłaszałam, bo sukcesywnie cisnę nadal. Jesienna pogoda sprzyja bardziej niż latem (to jest jakieś fatum! Gdyby tak było w lipcu i sierpniu, to… gdybać to sobie mogę…) – cudownym fartem wypogadza się na weekend, jakże więc tu nie cisnąć? Ładuję baterie jak tylko mogę, a te wydają się nie mieć dna. Albo po prostu są tak rozładowane, że już się nie nadają i potrzebują częściej i więcej prądu 😄 Nawet śnieg sypie i topnieje, po czym dwa dni później znowu jestem w górach.

W październik weszłam z kopyta, a jak. Nie wolno ignorować Bożych znaków w postaci dobrej pogody w weekend. Szkoda tylko, że dzień taki krótki, ale nie można mieć wszystkiego. Były Czerwone Wierchy, były wspaniałe jesienne Pieniny trzy tygodnie pod rząd, zdążyło zasypać i stopnieć, po czym znowu zasypać; a mówią, że trzeci śnieg to już zostanie. Ble. Tak na dobrą sprawę, przez większą część roku w Tatrach leży śnieg.

I tak powoli, powolutku, cichaczem, jakoś tak totalnie niespodziewanie… tak tłumaczę to sobie, że na zakończenie sezonu letnio-jesiennego z elementami zimowymi udało mi się przejść całą Orlą Perć. Całą, na raz, w jeden dzień! Od Zawratu, przez Kozi, Granaty, aż po Krzyżne! Dla nie do końca wtajemniczonych – Orlą Perć uważa się za najtrudniejszy i najbardziej wymagający technicznie i kondycyjnie szlak w polskich Tatrach, na którym przez ostatnie 100 lat zginęło 120 osób. Czas przejścia przy dobrych, letnich warunkach to 6-8 godzin plus szlak podejściowy i zejściowy – nasz dzień w górach (od auta do auta) liczył 20 godzin. Niebotyczne ekspozycje, głębokie żleby, wąskie kominki i idealnie piękne graniówki – NO PO PROSTU MUSIAŁAM ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ LEGENDĄ! Dodam, że to już druga tatrzańska legenda tego roku – Chłopek nie był taki straszny – a Orla?

Gdzieś z Orlej Perci

To było moje wielkie górskie marzenie. Tyle już po Tatrach chodzę, że brałam to poniekąd jako punkt honorowy. Bardzo chciałam, ale jednocześnie się bałam, więc plany nie wychodziły poza sferę marzeń. A tu się trafiło w towarzystwie dwóch Szczygłów – i pyk – poszło, pojechało. Ogień, petarda, sztos i „ale jazz”, ogólnie to byłam tak zaaferowana, że aparat wyciągnęłam na całej trasie może z pięć razy. Priorytety były nie fotograficzne tego dnia 😉 Co było piękne – zero ludzi na szlaku, więc obyło się bez korków na szlaku – masakra, co tam musi wyrabiać się latem 😮 Momentami zapiera dech i jak to Mama moja powiedziała – serce mocniej może nie zabije, ale wzrokowo to strach. To tak dla równowagi od nucenia „ale jazz” albo „nas nie dogoniat” – przez pół drogi powtarzałam i zastanawiałam się, w jakiej bajce to było: „TYLKO NIE PATRZ W DÓŁ, NIE PATRZ W DÓŁ… Nie zatrzymuj się i nie patrz w dół… W dół nie patrz… nie zatrzymuj się i w dół nie patrz… O, nie, ja w dół patrzę!” – taki ze mnie był Osioł ze Shreka! Definitywnie Orla nie jest dla ludzi z lękiem wysokości i o słabych nerwach!! Przez cały czas – a szlak jest długi i wymagający – trzeba być na maksa opanowanym i skoncentrowanym na tym, co się robi. Zwłaszcza, gdy w żlebach po północnej stronie śnieg i lód, a Ty musisz patrzeć, by dobrze wbić kolce raków. Wrażenia i przeżycia wprost nie do opisania!

Jestem świrem, jestem harpaganem i hardcorem, Orla końcem października – to dla mnie jak +100 do lansu, ego wzrosło, co to ja nie jestem 🤘😄 Tak się to już czuje człowiek, który zmierzył się z Legendą i sobie poradził. Takie w stylu „Jak hartowała się stal” 😆

Szlak jest wymagający, ale piękny. Cieszę się, że przeszłam go wcześniej, zanim wzięłam tam Ewelinę. Jedno jest pewne – na Orlą wrócę. Siostry-Kozice muszą zmierzyć się z nią wspólnie. A z resztą muszę wrócić po zdjęcia. I skupić się na tym, gdzie jest Żleb Honoratka, bo schodząc nim jakoś nie skojarzyłam i nie zwróciłam uwagi na ten sławetny fragment. Drabinkę na Koziej Przełęczy przeszłam świadomie – ujarana tym, że wcale, ale to wcale nie jest tak straszna, jak piszą! I w ogóle całością.

Piękny był to dzień, ale we wtorek trzeba było wstać, iść do pracy i jakoś funkcjnować! Wyglądałam jak małe zombie, gdyby to był Halloween, nie musiałabym się przebierać 😆 wgl jakie to jest śmieszne – raz się nie pomalujesz do roboty i od razu wszyscy zwracają uwagę: Aga, co taka niewyspana? Ze dwa dni chodziłam trochę jak połamana, ale rower jest dobrą rehabilitacją na mięśnie, więc szybko wróciłam do formy 🙂

Orla była w poniedziałek, a w sobotę stwierdziłam, że Tatr mi mało, więc wzięłam Ewelinę i pojechałyśmy w stronę Zakopca. Miał być Szpiglas, ale tak jakoś spontanicznie zmieniłyśmy zdanie, uznałyśmy, że asfalt w dwie strony nam nie straszny i poszłyśmy na Rysy. Liczyłyśmy, że poza sezonem to i ludzi będzie mniej i ogólnie jakoś łatwiej znieść ten straszny odcinek. Łaa, znowu był czad. Ewe po sobocie ogłosiła swój własny „koniec sezonu na Tatry Wysokie” (ja nadal nic), uzasadniając to tym, że „przecież Szpiglas to nie Wysokie”, więc kto wie, co przyniesie nam jeszcze listopad. 😄 Ogólnie to tego dnia pizgało solidnie. Gdyby taki wiatr był w poniedziałek, Legenda Orlej pozostałaby niesprawdzona – jestem tego pewna. W pewnych momentach, zwłaszcza na grani tuż przed szczytem, miałam wrażenie, że wiatr mnie uniesie, a ja pofrunę sobie na jego fali jak (popieprzona) sikorka. Całe szczęście jednak nie uleciałam. Mimo końcówki października ludzi było całkiem sporo, trzeba było bardzo ostrożnie schodzić – serio aż nie chcę myśleć, co się tam musi wyrabiać w lecie!

Na Rysy raczej już się nie wybieram, nie czuję konieczności powtórki; ale za to w przyszłym roku mam plan, że za pierwszymi łańcuchami skręcę sobie w lewo i pozaszlakowo odwiedzę Niżne Rysy – o tak, to jak najbardziej! Pół drogi fascynowałyśmy się widokami Mięguszy z innej perspektywy i było tylko takie: o jaaa, toż to jest Czarny, przecież my tam byłyśmy, o tam, na samym szczycie! To jest w Tatrach najpiękniejsze – ten ogrom, widziany z innej perspektywy, stroma ścieżka wiodąca zakosami i świadomość, że się tam było. Kręci to do potęgi!

Tak więc przeszłam Orlą, z rozpędu skoczyłam na Rysy, a dosłownie trzy dni później Tatry znowu zasypało. Trzeci śnieg już niby zostaje, więc udało się oblecieć dosłownie w ostatnich podrygach jesieni.

Gdzieś pomiędzy tatrzańskimi szczytowaniami i adrenaliną, przez cały październik przewijały się spokojne, idylliczne Pieniny – do połażenia, do pozachwycania się. Udało mi się wziąć Mamę i Ewelinę i skoczyłyśmy sobie nawet na weekend. Oczywiście Agusia mistrz organizacji i logistyki, wycieczka wyszła przednia (polecam tego przewodnika!). W piątek z rana skoczyłyśmy na Rusinową Polanę i Wiktorówki – Mama była zachwycona, a ja jeszcze bardziej – raz, że widoki i teoretycznie nic więcej do szczęścia nie potrzebuję, a dwa – ja po prostu lubię, kiedy inni się cieszą.

W drodze na Rusinową Polanę

Po Rusinowej poszłyśmy jeszcze na wyżerę do Roztoki, po czym czerwoną strzałą skierowałyśmy się w stronę Łapszanki, która w ten weekend była naszą bazą wypadową. Łapszankę odkryłam dopiero w tym roku, byłam już tam kilkukrotnie i jakoś się nie nudzi to miejsce – podobnie zresztą jak Wysoki Wierch. W ogóle całe Pieniny nic a nic się nie nudzą! Zrobiłyśmy fajny szlak – 11km – pętelkę od Łapszanki przez Piłatówkę i Pawlikowy Wierch aż do Rzepisk i z powrotem na Łapszankę. Lubię takie łażenie po łąkach bez szlaku, więc byłam zachwycona, a Dziewczyny – cóż, tak za połową trasy to już nie miały wyjścia, musiały iść za mną 😄 Najlepsze było, jak śledziłam sobie szlak na mapce w telefonie i w pewnym momencie przed nami wyrasta straszna dzida. Hm. No cóż – jak tak szlak wiedzie, tak trzeba iść. Ruszyłam żwawo z kopyta, a tu nagle… Z gospodarstwa tuż przy ścieżce przez płot przeskakuje pięć indyków i biegnie w moją stronę, gulgocąc. Szybka ocena sytuacji: ja może (ale to może!) bym uciekła, cisnąć pod górę, ale poniżej została jeszcze Mama z Eweliną, a pomiędzy nami te wielkie indyki! Dodam, że moja czerwona kurtka raziła bardziej, niż wyblakłe rude włosy. Zawróciłam więc i uciekłam przed indykami z powrotem na dół. Mama chciała zrobić zdjęcie Agusi spieprzającej przed zgrają czarnych indorów, ale niestety przemknęłam tak szybko, że na zdjęciu załapały się tylko indyki na środku ścieżki. No i musiałyśmy obejść po łące obok naszą dzidę, by nie narażać się na gniew Bogu ducha winnych ptaszysk. To znaczy ja tak stwierdziłam, bo wolałam nie ryzykować. Ewelina za to odpłaciła się następnego dnia, gdy na szlaku w Kacwinie wyszły nam dwa psy – lepiej nie ryzykować, robimy wycof. TY UCIEKŁAŚ PRZED INDYKAMI! Ok, 1:1. 

Na sobotę miałam w planach pokazać Mamie Lubań, ale w piątek wieczorem stwierdziła, że po tych moich Rzepiskach to ona już nigdzie nie pójdzie, NOOO, MOŻE NA WSCHÓD SŁOŃCA NA ŁAPSZANKĘ, bo to 300m, ale nic więcej, bo tak w ogóle to ja jestem niepoważna, a ona nie ma 20 lat!!! Tak w skrócie. Poszłyśmy więc na wschód, pizgało złem niemiłosiernie, palce prawie mi odpadły, ale po powrocie dobra kawa nie jest zła i krew od razu lepiej krąży po takich wspaniałym narkotyku. Potem pojechałyśmy do Kacwina – chciałam odnaleźć kadr kapliczki Matki Boskiej Śnieżnej na tle Tatr, ale wyżej wspomniane psy na szlaku trochę nam pokrzyżowały plany, a z resztą światło było już do bani. W każdym razie wrócę tam sobie, bo przecież tego dnia miałyśmy chodzić NA SPOKOJNIE. Kacwin to urocza spiska wioska, jest cicho, idyllicznie, w takim miejscu chciałoby się mieć daczę.

Dobra, wszystko fajnie, ależ ile można to „na spokojnie”! W końcu Mama, Ewe i ja to jedna krew, jeden pieron w nas drzemie, a to o czymś definitywnie świadczy. Skończyłyśmy więc na Lubaniu, jak to zakładałam w swoich planach. 😄 A bo jeszcze za wcześnie wracać do domu, dzień ładny, to trzeba wykorzystać, a tam szlak przyjemny i wieża widokowa na szczycie… Mama podsumowała, że ona nie pojmuje, jakim sposobem, ale ja znowu postawiłam na swoim i wszystko wyszło tak, jak chciałam. Cóż, dar przekonywania z nutką lekkiej perswazji zawsze działa 😄

Złota godzina o poranku z Łapszanki

O matko, upisałam się znowu, a to ledwie wycinek tego, co ostatnio wyprawiam. Za dużo gadam. Btw – 16.11 będę miała prelekcję w Andrychowie – tą, która miała być w kwietniu 2020 roku, czyli po ponad 1,5 roku! Wtedy znowu się nagadam i co lepsze – znajdą się ludzie, którzy będą tego mojego gadania słuchać! Powspominam sobie kaukaskie wojaże, łezka w oczku się zakręci, ech… Dobrze, że mam te Tatry, bo inaczej bym chyba zgłupła! 🙃

PS. Żeby uzupełnić bilans kaloryczny po Orlej i Rysach kilka dni później, powinnam zacząć przyjmować pastylki z paliwem jądrowym, bo ciągle chodzę głodna. 🤘

Dzikie wojaże

Trza cisnąć!

Tydzień urlopu to znacznie za mało. To wprost nieetyczne barbarzyństwo. Pomijając fakt bezsensowności tak krótkiego odpoczynku, bo człowiek nie odpocznie. Co innego miesiąc. W piątek wróciłam z Dolomitów, weekend minął jak z bicza trzasnął, w poniedziałek poszłam grzecznie do roboty i poczułam okrutne zderzenie z ścianą rzeczywistości. Aj, jak to bolało, możecie mi wierzyć na słowo! I jeszcze pogoda się zrobiła, jak na złość! Pomiotałam się więc nieco i poszłam żebrać o wolny czwartek i piątek – udało się! Perspektywa trzydniowego tygodnia pracy od razu dodała mi skrzydeł i chęci do działania. Takim to sposobem, na dobicie po urlopie, znowu wzięłam urlop. Mówiłam, że tydzień to za mało i musiałam sobie dać w palnik jeszcze więcej, by móc normalnie pracować i w miarę funkcjonować w tym systemie! 😄 A plany były ambitne, istnie diabelskie…

W ogóle to jest śmieszne, jak wyglądam zazwyczaj w poniedziałek w pracy. Podkrążone oczy, nieodmalowane paznokcie, ładna sukienka dla zachowania pozorów – i te obtłuczone kolana i porysowane nogi, świadczące o przebytym weekendzie! „Mhmm, Aga znowu gdzieś była” – no tak, a jakby. Dziecko wojny.

Jakoś tak już w zeszłym roku, po ekscytujących Granatach, wymyśliłyśmy sobie, że teraz to już trzeba iść na  Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Nie udało nam się to wtedy, obierając ten kierunek jako cel główny sezonu letniego A.D. 2021. Cóż – jak to z planami bywa, nie zawsze są takie proste w realizacji, jakby się chciało 😉 Był Szpiglas, Świnica, spory kawał Orlej Perci, sto innych wypadów w międzyczasie, a Chłopek jakoś nie po drodze, bo albo nie siadła pogoda (kiedy to obchodziłyśmy w kółko Morskie Oko i spałyśmy na kamieniu w Dolinie za Mnichem, albo czas gonił, albo nogi bolały na samą myśl o asfalcie do MOka tam i z powrotem. Przeszedł czerwiec, zleciał
lipiec, śmignął sierpień… A tu dalej nic. To dlatego Przełęcz pod Chłopkiem była tym szatańskim pomysłem na dobicie po urlopie 😄 Cel idealny! Ja wolne, Ewelina wagary (ja bym to usprawiedliwiła jako „poszerzanie sprawności fizycznej i znajomości geografii w praktyce”), 3 rano, no i dzida w Tatry. Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem często nazywają najtrudniejszym
(zaraz po Orlej) szlakiem w polskich Tatrach, a już na pewno najbardziej ekscytującym – cóż, PORA ZMIERZYĆ SIĘ Z LEGENDĄ!

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem

Było jeszcze ciemno, w końcu to wrzesień, a czas dnia o tej porze roku nie jest raczej sprzymierzeńcem, czekało nas ekscytujące przejście 8km odcinka asfaltowej drogi aż do Morskiego Oka – najbardziej znienawidzonej części „szlaków dojściowych”. Kurde, gdyby nie ten asfalt, szłabym tam z większym zapałem – jakby nie patrzeć, dobra baza wypadowa… Ja zazwyczaj najgorsze lubię mieć za sobą na samym początku, byle szybciej poszło w zapomnienie (dlatego mięsa z talerza pozbywałam się zawsze najpierw, a pyszniutkie ziemniaczki na koniec :P), dlatego włączyłam piąty bieg i zasuwam. Ewelina się trochę wlecze.

– EEJ, CO TAK WOLNO?

– A, bo muszę się rozbudzić.

– To chodź szybciej!

Trochę żeśmy poburcały na siebie, każda broniąc swojej racji na temat tego, jak należy rozprawiać się z najmniej ulubionymi częściami, ale nawet dość szybko nam ten fragment minął. Druga sprawa, że było dość rześko, a my obie w spodniach do kolan – „bo za dnia będzie ciepło”. Właśnie – w tym momencie rozgorzała druga dyskusja, tak mile urozmaicająca nam czas w
drodze do Morskiego Oka:

E: Dlaczego ciągle powtarzasz, że jest rześko, a nie nazwiesz tego po
prostu słowami, że jest zimno!

A: Bo jest rześko. Zimno to było przed wschodem słońca na Elbrusie.
Tutaj naprawdę jest tylko rześko.

E: Zimno!

A: Rześko.

Cóż. Granica pomiędzy rześko a zimno naprawdę zależy od punktu siedzenia. Ale fakt faktem, słowo „rześko” ma ładne brzmienie.

Śniadanko nad Morskim Okiem smakowało wybornie, części do Czarnego Stawu pod Rysami też za bardzo nie lubię, więc poszło szybko, a potem to już zielony szlak i zaczęła się zabawa 🔥

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem była tylko częścią szatańskiego planu Agusi. Część druga – pozaszlakowe wejście na Mięguszowiecki Szczyt Czarny. Czyli z serii: jak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! 😀 Nie byłyśmy pewne, czy nam się uda, w końcu na Czarny nie prowadzi znakowany szlak, trudności techniczne też są znacznie większe w porównaniu z taką Świnicą czy Granatami; na wszelki wypadek wpisałyśmy się jednak do książki wyjść taternickich i mogłyśmy iść ze spokojną głową. Oh, byłam dumna z Eweliny! Przejęła ode mnie pałeczkę przewodnika, skwitowała to słowami „koncentracja na maksa i dzida do góry!”, wypatrywała kopczyków i jakoś nam się udał nam ten pierwszy pozaszlak!

O matko, ależ to były emocje! WRESZCIE JAKAŚ ADRENALINAAAA! Z wrażenia aż sobie wargę do krwi przygryzłam i potem chodziłam taka opuchnięta, jak po botoksie 😉 Nic, tylko chodzić poza szlakiem, same plusy!

Nie no, żartowałam z tym wszystkim. Tak naprawdę to naszym celem było Morskie Oko, przypadkiem wyszła Przełęcz pod Chłopkiem, a deserem został Czarny Mięgusz. 😜 Legenda została sprawdzona na własnych nogach i obalona.

Muśma pyta nas po powrocie:

Czy to tam byłyście, gdzie w filmiku na youtubie jest tak stromo i taka przerażająca przepaść?

– Tak, ale nie było tak źle. To kamerka 360* dała taki efekt i takie wyobrażenie.

– Uf. Jak widzę takie przepaści, to mi serce mocniej nie zabije, ale ja się wzrokowo boję!

– Jak można bać się wzrokowo?

No, jak patrzę w dół, to mi źle.

– To się nazywa lęk przed ekspozycją. My tak tego nie odczułyśmy, wszystko w porządku!

Dwa dni po Chłopku i Mięguszu pojechałam razem z PTTK na Krywań. Kolejne „sprawdzenie legendy”, tym razem słowackiej. (Zapowiadali „ostatni dzień lata i pięknej pogody”, całe szczęście, nie sprawdziło się to, gdyż koniec września również dopisał). Święta Góra Słowaków, na którą w sierpniu organizowane są pielgrzymki. Powiem tak – szału ni ma, dupy nie urywa. Krywań stał się dla mnie jak Kościelec – fajnym szczytem, który trzeba zobaczyć, ale potrzeby tam wracać (jak na
Szpiglas czy Świnicę) totalnie nie odczuwam.
Widok, który zrobił na mnie wrażenie roztaczał się dopiero z samego szczytu – po drodze średniawka. Przepięknie widać Wysoką – to na niej głównie się skupiałam, siedząc na szczycie ponad 70 minut. Cudnie wszystko wygląda na zejściu, kiedy kwitną wrzosy. No i spotkałam dwa grube świstaki, a nawet ustrzeliłam jednego na zdjęciu. Tyle zachwytów z Krywania, koniec. 😁 ale jakby nie patrzył, mam już drugi szczyt Wielkiej Korony Tatr zaliczony hahah! Od czegoś trzeba zacząć 😉

Koniec września, a tu dalej ciśniemy. (Btw, muszę sobie zrobić rozpiskę, ile dni tego roku spędziłam w górach – na pewno więcej, niż rok temu 😉 ) Co ciekawe, tak samo cisną setki innych ludzi, co doskonale widać po tłumach na szlakach – pogoda dopisuje, trzeba więc korzystać. Zaplanowaliśmy ze znajomymi dwudniowy wypad – kolejny szatański plan. Po zeszłotygodniowych opadach śniegu szykowałam się raczej na warunki wczesno-zimowe, nie zmieściłam się do plecaka 35l, który zawsze biorę i wzięłam wielki 50l. O matko, ciężko było z nim 😁 ważył chyba 1/3 mnie, nie był zbyt wygodny, spaliłam milion kalorii, a tak w ogóle to po zimie został tylko bałwan w drodze na Kozi (a i to zapewne tylko chwilowe…)! Było tak ciepło, że ani dodatkowy polar, ani rękawiczki, nie mówiąc o raczkach się nie przydały! I po co to dźwigałam… (Zapewne, gdybym tego nie wzięła, byłoby zimno, jak to zwykle bywa). Cóż – mimo wszystko zawsze lepiej nosić, niż się prosić. Sobota była lajtowa – start z domu o 6 rano – tak późno w Tatry to jeszcze nie jechałam! Chilloucik w Dolinie Pięciu Stawów, oczywiście posmarowałam się kremem jakoś koło 13, co było znacznie za późno (tak, wrześniowe słońce też potrafi zjarać i to ostro!). W planach był zachód słońca na Kozim Wierchu. Wyszliśmy na spokojnie, a na szczycie byliśmy tak jakieś 3,5 godziny przed zachodem. Rekord świata w siedzeniu na szczycie, ciężko go będzie pobić! 😁 ale szczerze mówiąc – nie wiem, kiedy to zleciało! Ciągle goniłam to tu, to tam, delektowałam się widokiem, chmurkami, słońcem i oczekiwanie na złotą godzinę w ogóle się nie dłużyło. Cały czas przychodzili nowi ludzie, można było pogadać, pośmiać się – fajna sprawa. A zachód słońca z Świnicą w roli głównej – o Matko Boska Tatrzańska – piękniej być nie mogło! Rozlało się światło i stała się magia – w najczystszej, najwspanialszej postaci! A ja oczywiście oszalałam, bo nie potrafię być obojętna, kiedy takie cuda dzieją się na moich oczach. Niezapomniane
przeżycia….

Śmiałam się z moim towarzyszem, Matim, który też robi zdjęcia (zobaczcie koniecznie na jego instagram @matimomot https://www.instagram.com/matimomot/?hl=pl ) – w końcu co dwóch fotografów w ekipie, to nie jeden!), że będąc na tym samym plenerze mamy całkowicie inne zdjęcia, gdyż każdy z nas zwraca uwagę na co innego. Kiedy ja szaleję pod światło, Mati spogląda
całkowicie w przeciwną stronę, koncentrując się na chmurach, spowijających Tatry Bielskie. I tak cały czas 😁

W ogóle nie było zimno! Puchówkę i czapkę założyłam chyba tylko dla czystości sumienia i poczucia sensu tego, że to wszystko dźwigałam, bo na zejściu znowu wszystko poszło do plecaka.
Szybko poszła droga w dół, ekspresowy przystanek w schronisku i dzida na Palenicę. Tak późno z Tatr też jeszcze nie wracałam 😁 Szybko poszło, uczepiłam się chłopaka, który wspinał się na Zamarłą Turnię (oczy jak pięć złotych…) Gadka szmatka, śmialiśmy się z nazw dróg wspinaczkowych typu „Pachniesz Brzoskwinką” czy „Chuj w malinach”, gadaliśmy o szczepionkach i wyjazdach za granicę – aż kolana nie cierpiały na zejściu. Jak to mawiał Smierdiakow z „Braci Karamazow”, z mądrym to i miło porozmawiać. Potem na parkingu czekałam na swoją ekipę, która została trochę w tyle, chciałam przepakować sobie plecak i musiałam odganiać się od lisa, który chciał mi porwać żarcie. A może to była Aguara rodem z Wiedźmina, która chciała porwać mnie? W końcu magia się dzieje. 🦊 Środkiem nocy pojechaliśmy do Sromowców Niżnych. Tak – tego jeszcze nie wspominałam – planem na niedzielę był wschód słońca na Trzech Koronach. Sen jest definitywnie dla słabych. 

„Tak, sen jest dla słabych” – powtarzam sobie za każdym razem, mając gdzieś wstać o dzikiej porze. „Odeśpię jutro, przed pracą” – dodaję. A na wschód słońca, jak się okazuje, wstawać zawsze warto, gdyż każdy z nich jest magiczny i niepowtarzalny. Dawno już marzyłam zapolować na wschód słońca na Trzech Koronach. Tym bardziej jesienią – mając nadzieję na spektakl ponad morzem
chmur. Cóż. Głupi ma zawsze szczęście, więc warun siadł perfekcyjny! Zdjęcia to jedno, nie wyszły jakieś szałowe, szczyt Trzech Koron (a tak właściwie platforma widokowa na jednym z wierzchołków) raczej nie jest przyjazny wygibasom, ale zobaczyć to na żywo – doświadczenie nie do opisania! Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że „marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia”. Wystarczy jedynie odpowiednio wcześnie wstać 😉 Na 3 Koronach w niedzielny poranek było całkiem sporo osób, w tym duża grupa z Rzeszowa, ale jakoś się wszyscy pomieściliśmy i było wesoło. Znalazł się nawet model, który zechciał zapozować na skale – ku uciesze świrów z aparatami 😁

A morze mgieł i „pienińskie lasery” – no baja, aż mi słów brakuje z zapowietrzenia.

KONIEC. Łaaaa, na bogato relacja wyszła! Mam nadzieję, że chaos mnie nie przerósł, zbytnio nie zanudziłam i tradycyjnie chylę czoła tym, którzy dobrnęli do końca! W zanadrzu już kolejne relacje – w październiku też trza cisnąć!

Dzikie wojaże

 Koniec lata

Z końcem sierpnia (w tym roku nawet wcześniej) zaczyna mi „grać w głowie” jedna, natarczywa piosenka, jakże pasująca do otoczenia – „Kończy się lato” Wiktora Coja i Grupy KINO. Nie słucham jej zimą ani wiosną, zapominam o niej totalnie; powraca do mnie sama – właśnie końcem lata. Myślę sobie wtedy – ach, no tak, to już ten czas. Kojarzy mi się również ze Swanetią – kiedy to dwa lata temu pojechałyśmy z Anią na zasłużony urlop – wszystkie drogi prowadzą do Mestii. Siedziałyśmy w Uszguli, naprzeciw potężnej ściany Szchary, Ania grała na ukulele, konie przechadzały się po łąkach, a trawa złociła się w oczach.

Koniec lata – sezon dobiega końca, pył osiada na drodze, wszystko zamiera, wycisza się, uspokaja, szykuje do letargu i zawieszenia w czasoprzestrzeni. Oooo tak. Zapasy w większości porobione, czekośliwek, sosów słodko-kwaśnych i innych smakołyków powinno wystarczyć na całą zimę, nalewki też „produkcja w progresie”

Tak w ogóle to czuję się taka nienasycona, mam wrażenie, że to lato minęło zbyt szybko. Albo wcale go nie było?! Czerwiec minął jak szalony, a w Tatrach było śniegu po kolana; połowę lipca padało, a sierpień to już w ogóle dzień taki krótki, jesień w powietrzu, o ostatnim tygodniu nie wspominając. Sezon jest definitywnie za krótki. Jak sobie pomyślę o tym, że tak naprawdę za niedługo znowu będę musiała wymieniać opony na zimowe (zmieniałam je w maju) i wstawać 15 minut wcześniej tylko po to, żeby rozgrzać auto, to mi słabo. 😀

Nie popadajmy jednak w przed-jesienną melancholię, jeszcze dużo przed nami! Mam nadzieję, że wrześniowa pogoda dopisze. Tymczasem przedstawiam krótką relację fotograficzną za ostatnie kilka wypadów 🙂

Pogoda w sierpniu była jaka była, na to człowiek nic nie poradzi. Wyskoczyło jednak piękne okienko, zapowiadające się na 13-go w piątek, no to co – Agusia tup-tup-tup, idzie żebrać o wolne. DEEJ, DEEJ, DEEJ. Siadło, no to dzida w Tatry, oczywiście z niezawodnym towarzyszem górskich doli i niedoli, czyli Eweliną. A’propos! Ewelinie stuknęła ostatnio 4. rocznica tatrzańskich wojaży – w 2017 zabrałam ją na Kasprowy przez Halę i powrót przez Myślenickie Turnie, przezywała mnie przez pół drogi i sapała drugie pół, tak pomiędzy przekleństwami, a dziś? Świnica przez Zawrat, Kozi-Granaty, 4:00 start z Palenicy no i jazda! Nie odstaje i nie odpuszcza, co mnie bardzo cieszy!

Plan na 13-go w piątek był bardzo ambitny: Palenica-Piątka-Kozi Wierch-Granaty-Hala Gąsienicowa-Kuźnice. Btw, w piątkiem 13-go jest jak z dniem urodzin – nie mogłam go spędzić w pracy! Pogoda i warunki dopisały, widoki po drodze pierwsza klasa, jednym słowem: SZTOOOOOS, PETARDA, BOMBAA! I kolejna część Orlej Perci, za nami! Stanęłam na Skrajnym Granacie i pomyślałam sobie, że ooooh, jakże bym poszła dalej, aż na Krzyżne… Czas nas jednak gonił. Padło więc postanowienie: za rok Orla w całości, na raz! Przyjdzie czas :)))

Widok ze Skrajnego Granatu

Ludzie, których mijaliśmy w drodze na Kozi, śmiali się, że nie warto iść do góry, przecież tam nic nie ma, kupa kamieni i nic więcej, nie warto… W ogóle tak świetnie się trafiło, że ludzi na Orlej tego dnia było wręcz wyjątkowo mało, a jeżeli już byli, to sami mili i sympatyczni. Najlepsza trójka Słowaków, których przepuszczałyśmy na zejściu w Żlebie Kulczyńskiego – a oni cały czas się odwracali i patrzyli, czy nie potrzebujemy pomocy na trudniejszych odcinkach. Oni po słowacku, my po polsku i się dogadali, a jak! Słowacy to jest cudowny naród, naprawdę bardzo ich lubię. Uśmiechnięci, pomocni, nie narzekają – aż zatęskniłam za ich częścią Tatr! 😉 Aż chce się więcej po takim wypadzie! I tylko więcej.

Tydzień później mój towarzysz pojechał nad morze, a ja, chcąc wyrwać się z zamkniętej pętli praca-dom, postanowiłam, że zrobię sobie BABUSIA-CHALLENGE, czyli jak szybko wejdę sama na Babią Górę. Pojechałam z myślą o zachodzie słońca i podsumuję to tak: jechałam dłużej, niż wchodziłam na szczyt z Krowiarek. 😀 Rezultat to 66 minut! Z jedzeniem borówek po drodze. 66 minut – kiedy znaki pokazują 2,5h. Jestem świrem. 🤪 Ogólnie to zapewne nic takiego, nothing speciall, ale jak dla takiego lamusa, co tylko chodzi, to się jaram. Teraz nic, tylko zejść poniżej 60 minut!

Jak to na Babiej, przyjemnie mnie spizgało, przewietrzyło głowę i byłam gotowa na kolejne wyzwania w pracy. Lubię takie szybkie, spontaniczne wypady! A jego podsumowaniem może być cytat z okazji przypadającego na ten dzień Dnia Fotografii: „Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię” i to jest czysta prawda.

A jeszcze lepszy cytat: „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz czeka na światło” Cóż. Do mistrza mi daleko, ale dla dobrego światła wejdę na szczyt Babiej w 66 minut, zamiast „ustawowych” 2,5h 🔥😉

Odliczałam jednak dni do planowanego wyjazdu na Słowację. Przecież po to się szczepiłam, żeby wyjechać za granicę, a jak! 🤪 a w dodatku Lodowa Przełęcz to nie lada gratka dla koneserów tatrzańskich widoków, także cóż się dziwić mojemu rozedrganiu na samą myśl. Wypad udał się po całej linii. Piękny szlak, przez Dolinę Jaworową z zejściem do Terinki (Chata Tery’ego) i Starego Smokowca.

Lodowa Przełęcz (2376m) jest najwyżej położona przełęcz w całych Tatrach, dostępna szlakiem turystycznym. A Lodowy Szczyt – trzeci co do wysokości (po Gerlachu i Łomnicy) szczyt Tatr – to ten kolos, którego solidną, przysadzistą piramidę doskonale widać nawet z Witanowic.

Widoki z Lodowej Przełęczy.

W pewnym momencie za Doliną wszystko zaszło mgłą, już zaczęłam tracić nadzieję… Po co iść taki kawał, skoro wisienka na torcie się utopiła w czekoladzie… Z trzepotem serca zaczęłam nawet ciche modły w stylu DEJ BOŻE, DEJ, gadałam do ptaków, by te chmurzyska rozwiały, no świr. Ale pomogło. I moim oczom ukazał się spektakl. Dzięki Bogu!

No i powie mi ktoś, że to nie jest petarda, a ja mam nie mieć oczopląsu od takich widoków.

Usłyszałam ostatnio, że po mnie widać, jak jestem ujarana w górach. Cóż, nie będę z tym polemizować, mi wiele nie trzeba. ⁠😉

A tak w ogóle to … to biorę urlop na cały przyszły tydzień i ruszam w drogę! Kumpel z roboty stwierdził, że gdy o tym mówię, to aż się świecę. Jedno Wam powiem – TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO! Jaram się jak pochodnia! Wam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za pogodę i oczekiwać relacji!

Ciao!

PS. Na bieżąco spam na moim instagramie: https://www.instagram.com/agawielinska

Dzikie wojaże

(Nie)normalny odpoczynek

Bujanie się w hamaku w pozycji półleżącej, trzymanie laptopa na kolanach i pisanie notki na bloga niesie ze sobą kapkę wyzwania. Korzystając jednak z ciepłego i leniwego wieczoru i natchnienia, które czuję jak we mnie nabrzmiewa, postanowiłam stawić mu czoło. Więc piszę. Jakby mi ktoś tylko jeszcze podał zimne piwo z sokiem, byłabym już w pełni usatysfakcjonowana. 😉 a tak to mam tylko ostrężnice, które mogę podjadać wprost z hamaku. I przy okazji podglądać młode wróble, bawiące się tuż obok.

Lato w pełni. Tak właściwie to już bliżej jesieni, bo dzień (chcąc nie chcąc) coraz krótszy, a z resztą właśnie dziś zakwitły zawilce japońskie, które uważam za niechybny znak zbliżającej się jesieni. Coraz ciemniej, coraz większa rosa o poranku, gęstsze mgły no i znowu trzeba się będzie ułożyć w norze i oczekiwać na zimowanie. Tfu. Na razie jednak lepiej o tym nie myśleć, za dużo jeszcze rzeczy do zrobienia!

Korzystam jak mogę i kiedy tylko mogę. Mam jakąś straszliwą potrzebę gonienia, robienia czegoś, poznawania. Cóż. To chyba prozaiczna potrzeba, zwana z niemieckiego Wanderlust – jedyne słowo w tym języku, które niesie ze sobą głębszy sens i coś fajnego 😉 A tak właściwie to czysta radość z życia i cieszenia się każdą chwilą. Nie chcę sobie mówić, że jestem po prostu uzależniona od wrażeń i doświadczania emocji 😀 A adrenalina uzależnia.

A poza tym, to tak po ludzku cholernie brakuje mi podróży i wyjazdów.

Ostatnio Ewelina pyta się mnie:

– Dlaczego Ty nie możesz odpocząć jak normalny człowiek?

Patrzę na nią krzywo:

Co masz na myśli, mówiąc „normalny człowiek”?

No, po prostu poleżeć, poczytać książkę, a nie tak jak Ty…

To mnie młodzież podsumowała… 😀 a ja „tylko jedno w głowie mam…”, taki nienormalny człowiek.

Btw, stworzyłam quiz.

Pytanie: Dlaczego chodzę po górach?

A) Dla widoków i zdjęć;

B) Żeby się zmęczyć;

C) Bo mogę jeść słodycze bez opamiętania;

D)Wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

Zgaduj-zgadula! 😛

Już powoli zaczynam tracić rachubę, gdzie i kiedy byłam od ostatniego wpisu. Leci ten czas jak oszalały, to wszystko przez to. Dobrze, że z każdego wypadu mam zdjęcia, dzięki czemu chronologia pozostaje w miarę zachowana 😀

Początkiem lipca byłam w Tatrach Zachodnich, na Starorobociańskim Wierchu. Prognozy nie były szałowe, sam szczyt też nie jest tak szałowy, że miałabym tam ochotę wracać raz po raz, zazwyczaj Tatry Zachodnie jakoś tak podświadomie omijam, ale miałam wtedy taką potrzebę po prostu wyjść i się ruszyć. W sumie intuicja dobrze mi podpowiedziała i bardzo się cieszyłam, że zupełnie spontanicznie zdecydowałam się wtedy pojechać.

Tatry Zachodnie niekoniecznie są moją ulubioną częścią, ale jedna rzecz „zrobiła mi dzień”: stado kozic na szlaku, już na zejściu ze Starorobociańskiego. O matko. To spotkanie wynagrodziło mi za te wszystkie dzikie kilometry, kiedy duży obiektyw turlał się po dnie plecaka, nawet niewyciągnięty, wszystkie trudy – dla takich chwil warto dźwigać, warto się męczyć, warto się uganiać, wszystko warto! Myślałam, że się pobeczę, kozice były tak blisko, zrobiłam im  t a k i e zdjęcia, że po prostu brak słów. Dzika sesja roku ❤  Oto właśnie, dlaczego należy ufać spontanicznym decyzjom. Bo karma wraca!

Czy Wy też widzicie, że ta kozica się uśmiecha?

Tydzień później, znowu plątam się jak kot z zatwardzeniem, nie mogę usiedzieć na dupie, gdzie by tu pojechać, co by tu zrobić, pogoda spoko, o nieeee, ja muszę coś ze sobą zrobić zaraz, już, natychmiast, bo eksploduję! Tak mniej więcej wygląda gonitwa moich myśli, kiedy łapie mnie Wanderlust 😉 Skończyłam więc na wschodzie słońca na Babiej Górze. Królowa tego dnia pokazała swój pazur – w każdym razie to było dla mnie coś nowego, niż żyleta, którą zazwyczaj mnie darzyła. Jednym słowem – działo się. Warto było wstawać, definitywnie! Wyjście na Babią o dwóch cukierkach, powrót do domu wprost na śniadanie, a potem kawusia – idealny początek jakże długiego dnia! Kto rano wstaje… (wybierz swoją wersję, skreśl niepotrzebne) a) temu Pan Bóg daje b) ten ma dłuższy dzień c) ten chodzi niewyspany. 😛

Wspominałam już kiedyś, że uwielbiam Kalendarz Świąt Nietypowych? Obchodzę m.in. Dzień Piegów, Dzień Kota (oczywiście, a jakby!), Dzień Pizzy, Dzień Czekolady… A 23.07 przypada jakże ważne święto – Dzień Włóczykija! To jak dzień urodzin – nie mogłabym go spędzić w pracy! Dlatego zaplanowałam sobie dwudniowy urlop i wypad w Tatry. Nie licząc na zbyt wiele zadzwoniłam do Schroniska w Roztoce z pytaniem o wolne miejsca i – nie wiem jakim fartem, ale udało się zaklepać nocleg! Taaa, tutaj oczywiście działa prawo „głupi to ma zawsze szczęście”.

Plany na te dwa dni w Tatrach były bardzo ambitne, pogoda je jednak zweryfikowała dość skutecznie. 😉 Powiem tyle – nie planowałam w ogóle iść na Rysy, ale jakoś tak fatalnie, jak tylko pojawiam się w ich okolicy, sprowadzam jakąś złą aurę 😉 nie puszcza mnie ta Góra! 😉 Schodzimy z Czarnego Stawu pod Rysami, walcząc z ostrym cieniem mgły, mijamy tłumy ludzi, walczących o życie z każdym oddechem pod górę i totalnie, ale to totalnie nie pojmuję setek tak samo brzmiących pytań: to Wy już wracacie z Rysów? Nie, nie miałyśmy Rysów w planach, nie, nie byłyśmy dziś na szczycie; tak, zadecydowałyśmy o odwrocie, bo życie nam miłe. Ja pieprzę. Czy tylko Rysy są w tych górach??? Mimo niepogody, mgły i śliskiej skały mamy uparcie pchać pod górę tylko po to, żeby „zdobyć”. To nie jest moja filozofia gór. Ja tam wrócę – mogę to zrobić z dnia na dzień, wyhaczajac suchy dzień i pogodę-żyletę. Tego dnia pogoda była ostro dla koneserów. 😀 Ewelina za to jaka zachwycona – stwierdziła, że takich Tatr to ona jeszcze nie widziała! Tajemniczych, zasnutych mgłą, mrocznych. To było dla niej coś nowego. Czwartek spędziłyśmy więc na błąkaniu się w okolicach Czarnego Stawu, obchodząc Morskie Oko dookoła (ha! Tego jeszcze nigdy nie robiłam!) czy leżąc na skale w Dolinie za Mnichem i podglądając wspinaczy. Takie bezcelowe łażenie miało w sobie dużo uroku. Takie – nic nie muszę, nie mam na dziś innego celu, jak przenikanie gęstych chmur i tatrzańskich warstw. Dobry był ten dzień. A żarcie w Schronisku Roztoka kosmicznie smaczne.

Na piątek, ww. Dzień Włóczykija, plany również były ambitne, nauczone jednak doświadczeniem dnia poprzedniego, nie nastawiałyśmy się na zbyt wiele. Szłyśmy z myślą, że nie wiadomo gdzie i czy w ogóle zajdziemy. Tym razem jednak szczęście nam dopisało i udało nam się złoić porządny kawał moich ukochanych Taterek. Mimo początkowej mgły, pożerających wszystko ponad Doliną Pięciu Stawów, pod Zawratem wszystko się rozwiało i ukazało spektakl, godny Teatru Bolszoj. Co najmniej! Widoki dodały mi skrzydeł, a szlak Zawrat-Świnica przy takich warunkach to czysta petarda. O matko, ile ja się przeżywałam: o jak pięknie, o ja nie mogę, dawaj zdjęcie, o ja dupcę, zróbmy fotostop, o matko i tak w kółko. Dobrze, że na szlaku (jednokierunkowym!) takie cudowne pustki i mogłam sobie wzdychać ile tylko dusza zapragnęła. A było do czego, popatrzcie z resztą sami:

Na szczycie Świnicy zameldowałyśmy się o 8:30, mając go praktycznie dla siebie. Po jakiś 20 minutach zaczęli zjawiać się pierwsi ludzie, a od strony Świnickiej Przełęczy było widać coraz większy tłum. To był znak, żeby się zwijać na dół. 😀 To było zejście z serii: na dobicie. Po przejściu szlaku Zawrat-Świnica śmiem stwierdzić, że to jedna z piękniejszych (o ile nie najpiękniejszych! tras, jakie przeszłam w Tatrach – zarówno pod względem widokowym, jak i technicznym (ah, te trudności – czujesz w kościach, że żyjesz, ale nie masz wrażenia, że zaraz się posrasz po gaciach). A Świnica to definitywnie szczyt, na który mogę powracać bez znudzenia. Prawie, jak na Szpiglas. 😉

Dobra, koniec moich westchnień, starczy jak na jeden raz.

Powiem Wam jedno: tak trzeba żyć!

Dzikie wojaże

Zaniemówiłam.

Trochę czasu już minęło od mojego ostatniego wpisu, ponad miesiąc. Na pewno widzę to po tym, jak przybyło mi zdjęć, które już nie mieszczą się na pulpicie 😀 Mojemu Nikusiowi stuknęło niedawno 70 000 zdjęć – ups, to już wiekowy aparacik! Nikt ze mną nie przeszedł tyle, co ten niezawodny towarzysz!

Wreszcie wszystko buchnęło mocą i zielenią. Najprościej zauważyć to na polach i w ogródku – to chyba najlepszy czas dla bujności form kwiatowych wszelkich maści. Oczywiście, jak to bywa – ze skrajności w skrajność – jak nie pada dwa tygodnie, to potem dwa tygodnie naparza upałem i rośliny wariują. Zero stabilności, wieczny rollercoaster! Pomijam fakt, że batalia ze ślimakami trwa nadal, ale kiedy już wydawało się, że atak został odparty, z impetem wtargnęły… mrówki. Zeżarły marchewkę – ok, bywa. Ale jak podgryzły mi arbuza, trafiając tym samym w moje czułe miejsce, to już tak łatwo im nie odpuszczę! Całe szczęście jednak, mimo wszelakich przeciwności, jakoś to wszystko rośnie i się kręci. Czekam na owoce.

Ogłosiłam wszem i wobec, że nie będę narzekać na upały. Niech będzie ciepło. Dlaczego, cóż to za zmiana? A no taka, że znowu zaniemówiłam – dosłownie, nie tylko w przenośni, jak to mam za każdym razem, gdy widzę coś pięknego, najlepiej z widokiem na góry. Już miałam taką akcję, dokładnie dwa lata temu w Gruzji, pisałam o tym:

Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos.Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem!  Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłamtak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło!”

Dzień dobry, no to mamy powtórkę z rozrywki. Żeby było śmiesznie, zawiała mnie klima w robocie – efekt ten sam. Ciężko jest pracować w obsłudze klienta bez głosu, więc wzięłam sobie 3 dni urlopu i się kuruję, cierpliwie czekając, aż głos powróci.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie można na głos wypowiedzieć swoich planów (a miałam co najmniej dwa wyjazdy i jeszcze zaplanowane szczepienie), bo nigdy nie wypalają i jeszcze odbijają się rykoszetem. Tak jakby Pan Bóg smagał nas biczem przez plecy: a masz, takiego wała!! Tym razem smagnął mnie porządnie, z nawiązką, skoro aż straciłam głos. A masz!! Odbiłam Panu Bogu jednak piłeczkę i stwierdziłam, że skoro ostatnio pomógł mi wyjazd na Elbrus, to i tym razem nie ma co zasiadać. Tym bardziej, że nie licząc utraty głosu, jestem w doskonałej formie. A nuż wyjazd w góry przywróci mi mowę, tak jak ostatnio! Uwierzcie mi, to naprawdę straszna kara dla osoby lubiącej mówić. Ba! To mnie do szału doprowadza nawet w codziennych sytuacjach – kiedy chcę coś odpowiedzieć, a z ust wylatuje jedynie świszczący szept, ograniczający się do czterech słów. Wrrrr.

No ale wyjazd w góry się udał.

Najpierw jednak pokażę Wam kilka pięknych miejsc, w jakich byłam w przeciągu ostatniego miesiąca.

Wiosna przyszła późno, nie mówiąc o śniegu, nadal utrzymującym się w Tatrach, więc tam w ogóle się nie brałam. Nie trzeba jednak być w Tatrach, by na Tatry patrzeć – a sceneria z Łapszanki jest wprost o-sza-ła-mia-ją-ca! Nic, tylko rozłożyć sobie kocyk na łące i spędzić tam pół dnia, napawając się widokami i przestrzenią. Soczysta zieleń, czas kwitnienia mleczy, ośnieżone góry i błękitne niebo – czego można chcieć więcej? Już dawno chciałam tam pojechać (bo to miejsce z serii: autem), mam to zapisane na swojej liście TO DO, ale jakoś nie było po drodze. Udało się podskoczyć po pracy w Dzień Matki. Ojejku, dostałam dzikiego oczopląsu. Goniłam z tym aparatem jak nawiedzona, całe szczęście, że nie powtórzyłam swojego orła z Czarnej Góry, kiedy to się wygrzmociłam, rozbijając kolano – tym razem starałam się patrzeć pod nogi. Wracając, krótki przystanek na Przełęczy Snozka, szybkie foto i jazda z powrotem do domu. Dobrze jest mieć blisko. Choć nie pogardziłabym, gdybym miała bliżej 😀

Klasyk z Łapszanki!
Łapszanka c.d.
Widok z okolic Przełęczy Snozka
Widok z okolic Przełęczy Snozka

Ledwie kilka dni później znowu byłam w Pieninach, a tak właściwie to na wschodzie słońca w Sromowcach Wyżnych – znowu z serii: autem. A potem na Koziarzu w Beskidzie Sądeckim– przeglądając instagrama, wszyscy byli na Koziarzu, jakiś wysyp był normalnie 😛 więc ja też musiałam. Stwierdziłam, że Koziarz będzie bombowy na jesień – już widzę tamtejszą feerię barw i mgiełki poniżej Tatr! ❤

Pieniny są genialne, wspaniałe, cudowne – pod każdym względem. I widok na Tatry też powalający. Nic jednak nie zastąpi samych Tatr – zrozumiałam to w 100% kiedy wróciłam po dwóch latach z Kaukazu. Ten nadchodzący sezon zamierzam na maxa wykorzystać na tatrzańskie wojaże – czy z Słowacją, o ile wjazd będzie swobodny, czy nawet na szlakach po polskiej stronie. Nie ma to jak tatrzańskie powietrze i adrenalina. 3 wyjazdy „z widokiem na Tatry” równają się jednemu wypadowi „w Tatry”. 😉 Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja… Ech. Jakbym nie uwielbiała Pienin, owieczek, swojego niebieskiego rowerka i wschodów słońca, pierwsze co zrobiłam, to śmignęłam w Tatry.

Bez głosu, ale w kondycji wzorowej W KOŃCU pojechałam. Obczaiłam warunki, no i jazda. Szkoda siedzieć w domu przy takiej pogodzie. Miałam iść z Doliny Pięciu Stawów przez Świstówkę, ale to jest tak samo jak z Tatrami Zachodnimi w moim przypadku – mając tyle do wyboru… Zawsze znajdę ciekawszą alternatywę 😉 Tak więc nie zastanawiając się długo, poszłyśmy z Eweliną na Szpiglas. Nie ma to jak przyjemne 25km na początek dobrego sezonu w Tatrach! 😀

Na dobry początek tatrzańskiego sezonu ’21!

To była specyficzna wyprawa.

Porozumiewałyśmy się szeptem, najśmieszniej jednak było, gdy mówię do ludzi na szlaku:

– (głośnym szeptem) Cześć!

A ludzie mi szeptem odpowiadają: – Cześć!

Jeden gościu tylko zagadał:

– Co, za bardzo się kibicowało Polakom?

– No, nie warto było gardła zdzierać!

Ewentualnym pytaniem było: Co, za dużo się wypiło… Gdyby wiedział, że przyczyna była dużo bardziej prozaiczna, ot, po prostu klimatyzacja… To taki problem ludzi pierwszego świata!

Szpiglasowy Wierch z Doliny Pięciu Stawów z zejściem do Morskiego Oka to idealny szlak na rozpoczęcie sezonu. Starałam się nie ulegać szalonemu oczopląsowi i robić rozważnie zdjęcia, nie szłam tam po raz pierwszy, ale w tak pięknym miejscu ciężko zachować opanowanie w zachwycie. 😉  Znowu miałyśmy szczęście i spotkałyśmy świstaki! Dwa wygrzewały się na wielkim głazie, a inne dwa – chyba młode – bawiły się ze sobą, ganiając i turlając się jak koty. Po drodze na szczyt kozica jeszcze mi pięknie zapolowała, także element animalny zaliczony! 😉

Wiosny powyżej Piątki jednak nie widać, zima na całego – podejście z dołu wyglądało całkiem przerażająco, śniegu cała masa, całe szczęście, że byłyśmy na tyle wcześnie, że nie zdążył się zamienić w morką breję, a był stabilny i dobrze się szło. W okolicach łańcuchów trochę oblodzone – raczki bardzo się przydały. Dobrze wychodzić rano! Takie pustki na szlaku, na szczycie dwie inne osoby – że aż miło. Gdybym mogła, to bym krzyknęła, z oszołomienia pięknem i tym, że weszłyśmy szczęśliwie – ale tylko zaniemówiłam. :))))))

Widok ze Szpiglasa, Pan zacnie zapozował

Schodziłyśmy Ceprostradą do Morskiego Oka – widoki piękne, ale szlak paskudny (wyższa logika Agusi) – nie chciałoby mi się dryłować tamtędy do góry. Mijałyśmy wielu ludzi, którzy pytali, jak wygląda zejście do Piątki – schodzić tam też bym nie chciała, nie w takich warunkach. Jakoś tak śmiesznie się składa, że zawsze tak obieram szlak, że jestem zadowolona z wybranego wariantu podejścia i zejścia, a najlepiej pętelek. Noo, nie licząc zejścia z Krzyżnego, które przezywałam, ale to była inna bajka, ze względu na oblodzenie 😉

Najgorsze oczywiście przejście asfaltem od Morskiego Oka do Palenicy. Uwierzcie mi, w ciężkich butach trekkingowych to żadna przyjemność. Chyba zacznę ze sobą nosić klapki, jak to podpatrzyłam wczoraj u jednej pani – buciory przytroczone do plecaka, a szła w japonkach XD Upał też robił swoje. Aa, żeby dopełnić opowieści – OCZYWIŚCIE ZNOWU MNIE ZJARAŁO. Tym razem nogi – idealnie odcięta czerwień – od skarpetek aż po samą granicę krótkich spodni. Ciekawe tylko, dlaczego mi zostały białe kolana. Ale chociaż równomiernie.

PS. Tak a’propos problemów ludzi pierwszego świata, o których gdzieś tam wcześniej wspominałam. Ostatnio w robocie zaczęliśmy się z tego śmiać i nawet zaczęłam tworzyć ranking, który na bieżąco będziemy uzupełniać. Problem ludzi pierwszego świata w pracy: Czy napić się herbaty białej z tajską cytryną i kwiatem granatu, czy może raczej zielonej z jaśminem?

Oto jest pytanie.

Obyśmy w życiu mieli tylko takie problemy!