Dzikie wojaże

Kwiecień plecień

Kiedy 20.02 schodziłam z Babiej Góry i ogłaszałam nadejście wiosny nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. (Porada nr 1: spodziewaj się niespodziewanego….) By nie popełnić błędu sprzed roku, ostatniego dnia miesiąca posadziłam arbuzy, bakłażany, a za niedługo i papryki – wszystkie rozsady stoją na stole w salonie, ale wiosna jakoś się obraziła i nie chciała się rozkręcić. Tak przeszedł marzec. W ogóle tak mi się dłużył ten miesiąc, że miałam się ochotę wystrzelić w kosmos. Non stop tylko przeglądałam zdjęcia sprzed roku, porównując: o, wtedy kwitły już przebiśniegi, wtedy zawilce, a równy rok temu – 17.04 – mam zdjęcia tulipanów w pełnym rozkwicie! 22.04 zbierałam kwiaty mniszka na syrop, a dzień później w Zygodowicach odkryłam kwitnący rzepak! Póki co moje beskidzkie Ponidzie* w odsłonie Przed-Wiośnie 😉

*na instagramie to wyrażenie wywołało burzę – „Ponidzie jest tylko jedno!” -„Nieprawda!” -„Prawda!” itd. Spoko, ja mam swoje, prywatne Ponidzie, nie muszę daleko jeździć. Metaforyczne. Beskidzkie Ponidzie i mój ulubiony Ptyś pod słońcem.

Beskidzkie Ponidzie

Stwierdziłam, że nie mogę więcej porównywać tego, co jest teraz z zeszłym rokiem! Bo dziś co jest? Od tygodnia pada – deszcz na przemian z ciężkim śniegiem, nie wspominając o błocie, które przy dobrych wiatrach wyschnie za dwa tygodnie – masakra. Ogólnie staram się o tym nie myśleć, nic w końcu na to nie poradzę, po cichu powtarzam sobie tylko, że kiedyś sobie na pewno odbiję! Szczegół, że w pewnych kwestiach powtarzam sobie już tak od roku 😉 Pocieszam się, że w sumie zapewne nie ja jedna 😀 Mam wrażenie, że ten rok jest jeszcze dziwniejszy, niż poprzedni. Wtedy nikt nie wiedział, czego się spodziewać i ile ta sytuacja będzie trwać. Dziś wszyscy są zmęczeni, nic się nie zmieniło, a w niektórych kwestiach jest – prawdę mówiąc – nawet gorzej. Takie zawieszenie w przestrzeni – ileż można.

Dlatego cieszę się małymi rzeczami i cierpliwie czekam, aż wiosna przyjdzie i buchnie całą sobą, pełną parą prosto z kopyta. A wtedy dopiero – bądźcie tego pewni! – zobaczycie, jak będzie pięknie! W dodatku polecam prace ogrodowe – naprawdę działają nie tylko dobrze na głowę, ale i na ciało – żaden inny trening więcej jest niepotrzebny! ;P Poza tym zawsze pozostaje rower – śmigam nawet do paczkomatu, a potem jak ciołek rozrywam paczki, bo nie mogą mi się zmieścić do plecaka 😉 W każdym razie – najważniejsze, że trzeba sobie umieć znaleźć zajęcie!

Zbieram malutkie ociepki światła, składam do kupy, kumuluję i cierpliwie czekam na więcej – mam wrażenie, że to jedyne właściwe wyjście z tej sytuacji (porada nr 2: przecież nie ma sytuacji bez wyjścia). Popatrzcie, co udało mi się wyłuskać z tego małopolskiego przedwiośnia – inaczej tej pory roku nie da się nazwać 🙂

Marzec minął, przeszły i Święta Wielkanocne, na które czekałam z utęsknieniem – musiałam sobie po ludzku dychnąć, a z resztą brakowało mi już czekolady – po raz ósmy w życiu byłam na detoksie 😀 Cudowny traf chciał, że świąteczny Poniedziałek dopisał cudowną pogodą – pojechaliśmy na widokową objazdówkę w Pieniny. Tak, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale żeby nacieszyć oczy widokami i podładować baterie. A widoczność zapowiadała się wprost kosmiczna! Wymarzyłam sobie obczaić nową miejscówkę – punkt widokowy w Czarnej Górze. TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko! Powiem więcej – będąc dzieckiem, nie miałam takich przypałów z wywalaniem się, rozbijaniem kolan czy spadaniem ze schodów!

To wszystko przez zachwyt. Absolutnie wszystko!!!

Widok na Tatry z Czarnej Góry.

Coś czuję, że kiedyś czeka mnie tam wschód słońca 😉 Będę musiała jednak zawiązać porządnie buty, bo szkoda kolejnych portek! Kolan w sumie też.

Tak w ogóle, to Pieniny są dla mnie niesamowitą krainą – pełną widokowych zakamarków. Zjeżdżam trochę z głównej drogi, porzucam auto na poboczu i idę w stronę gór – innego świata nie widząc. Właśnie, co lepsze – nawet człowiek się nie zmęczy, bo w wiele miejsc zajedzie się autem. Polecam! 😀 marzy mi się również wziąć rower i dryłować do upadłego. Tzn do kolejnego punktu widokowego, który już za chwilę. 😉

Cóż.

Nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, aż stopnieje śnieg, błoto wyparuje w kosmos, zazieleni się trawa i zakwitną drzewa. Powiedziałabym nieładnie, ale ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia: Wiosno, przyjdź!

Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2020.

Rok 2020 zbliża się ku końcowi. Jak co rok siadam do krótkiego podsumowania, a przede wszystkim poukładania sobie w głowie tego, co mi przyniosło ostatnie 365 dni, w tegorocznym wariancie – z dodatkowym dniem przestępnym. Poukładanie to jedno, a drugie – jako-takie ogarnięcie archiwum zdjęć, których przez cały rok uzbierało się – w sumie średnio, bo koło 7700 sztuk.

Jak dla mnie 2020 – wcale nie był zły, był po prostu inny. „Sytuacja jest dynamiczna” – to jest to, czego nie tylko mnie, ale i myślę większość z nas nauczył. Plany planami, ale jak w sucharze: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” JAK TO SIĘ PIEROŃSKO SPRAWDZA! Niewyobrażalnie!

Ten rok naprawdę pokazał kruchość ludzkich planów. Trzeba się było przestawić i dostosować do rzeczywistości, która z tak zwaną „normalnością” niewiele miała (i nadal ma) wspólnego. A ja, z racji swej wielkiej elastyczności po prostu płynęłam na fali.

Jeszcze w lutym żyłam myślą, że jeszcze dwa miesiące i znowu polecę do Gruzji, gdzie czeka mnie gorący sezon, pełen wypraw i przeżyć. Nie nastawiałam się na sezon w Polsce, nie sadziłam arbuzów z myślą, że przecież mnie nie będzie, więc kto o nie zadba? Potem świat stanął do góry nogami i wszystko zmieniło się jak w kołowrotku. Od marca byłam bez pracy, bez perspektyw – nie wiadomo było, czy do Gruzji pojadę, czy zdąży się ustabilizować – więcej pytań, niż odpowiedzi. Ludzie pytali mnie: co z Gruzją, co z wyjazdem? A ja cóż miałam zrobić – nikt z nas nie wiedział, co przyniesie czas.

Siedziałam więc w domu, posadziłam w końcu te arbuzy, z oddaniem wyżywałam się w ogródku, kuchni, jak szalona jeździłam na rowerze (kiedy zamknęli lasy, jeździłam do piekarni okrężną drogą), chodziłam na zdjęcia tuż po wschodzie słońca – idealny czas. A że wiosna, a zwłaszcza kwiecień, który buchnął całą swą mocą – była przepiękna, nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. Jeszcze bardziej niż dotychczas nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy.

W połowie maja poszłam do pracy – w końcu ile można siedzieć w domu 😉 Czas nagle przyspieszył. Życie znowu zaczęło się kręcić w rytmie od 8 do 16 i byle do piątku, z nagłym przypływem energii w każdy dzień wolny, byle wykorzystać jak najwięcej. Ewentualnie latem dzień na tyle długi, że aż miło siedzieć i robić coś na polu do 21. Pielęgnowałam arbuzy, robiłam w ogródku, dalej kręciłam kilometry na rowerze – jak wspaniale można wykorzystywać dni, gdy są takie długie! (Nie to, co teraz, zimą – pociesza mnie jednak fakt, że z każdym dniem jest coraz jaśniej – byle do wiosny!)

Ogólnie wszyscy na urodziny czy święta i nowy rok życzą mi „jeszcze więcej wyjazdów i zdjęć górskich”. Wspaniale, tego nigdy dość! Naprawdę mam jednak to olbrzymie szczęście, że mieszkam we wspaniałej lokalizacji i w góry nie mam daleko, prócz wyjazdu w Pieniny wszystko to były jednodniówki. W tym „feralnym” 2020 roku w górach spędziłam (aż? tylko?) 18 dni. Jak dla mnie – to wspaniały wynik. Na rzecz dzikich wojaży i swoich wyjazdów zagranicznych nadrobiłam w Tatrach – czego tak bardzo brakowało mi, kiedy dwa lata siedziałam na Kaukazie. Ooh, i to jak mi tego brakowało! Szczyrbskie Jezioro w styczniu, Babia w lutym, Pieniny w marcu, w lipcu Zielony Staw Kieżmarski jako rozgrzewka dla tatrzańskiego sezonu, potem Szpiglas i Rysy, sierpień Granaty, Kozi i Babia, wrzesień 3 dni w Pieninach, Kościelec i Jagnięcy, w październiku byłam na Pilsku, listopad to Czerwone Wierchy i Krzyżne, w grudniu na deser zimowa Świnica – uzbierało się tego! CZEGO CHCIEĆ WIĘCEJ?!

Gór było dużo, nie mam na co narzekać, gorzej z ogólnym podróżowaniem, którego czuję wielki niedosyt. Co śmieszne – najdalej w tym roku byłam we Wrocławiu (Słowacja dwa razy bliżej), a w Krakowie – raz? Śnią mi się po nocach – dosłownie! – uliczki i zakątki Tbilisi, Erewania czy Baku, przytulne knajpeczki, tęsknię za ławeczką w Meteo czy herbatą z oblepichą w kontenerach pod Elbrusem, mam wrażenie, jakby „tamte czasy” były lata świetlne temu, niewyobrażalnie dawno temu, aż nieprawdopodobne, że jakaś Aga z zadupia Małopolski, gdzie nie sięgają latarnie była w takich miejscach i tyle przeżyła… ale jakoś tak staram się to sobie tłumaczyć, że co się odwlecze, to nie uciecze i tam wrócę. Przeszła mi faza nadmiaru, wyczerpała się do cna, odbiłam się od niego i znowu zaczęłam tęsknić. To jak z trudną, głupią miłością, której nie idzie wytłumaczyć w sposób racjonalny. Dużo bym dała teraz, by kupić sobie w budce na Didube mchlowani za 2 lari, ale jestem pewna, że gdy w końcu nastanie ten czas, to jedząc je w marszrutce popłaczę się ze szczęścia. Wydaje mi się, że ten rok nauczył ludzi doceniać to, co mają, bo gdy nagle – z przeróżnych powodów – zostaje się tego pozbawionym, wtedy widzą, jak wiele by dali, by było jak kiedyś.

Trzeba marzyć. Wciąż, uparcie, nieustannie. A kiedy nie można tego mieć – oglądać stare zdjęcia i wspominać. Utrzymywać stały żar, by kiedy w końcu nastanie moment powrotu, z radością otworzyć duszę na nowe doświadczenia. Powiedziałam sobie kiedyś, że po trzecim sezonie w Gruzji będę na tyle bogata w przeżycia, że będę mogła zabrać się za pisanie książki. Cóż. Trzeciego sezonu może nie było i nie będzie, ale w zamian ten rok dał mi coś innego, nie mniej bogatego w przeżycia. ZAWSZE jest COŚ ZA COŚ. Nie było Kaukazu, były Tatry, nie było chinkali, były pierogi z borówkami… i tak dalej. Tak to sobie wszystko staram tłumaczyć swym chłopskim rozumem.

Jeszcze bardziej niż rok temu doceniam fakt naszego powrotu z Gruzji do Polski autem – 4 tysiące kilometrów przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Zwłaszcza Turcję wspominam z rozrzewnieniem. Jakaś knajpa w mieście bez nazwy, gdzie nie mogliśmy się dogadać z obsługą, ale za to gdzie zjadłam najpyszniejszą zupę z soczewicy i kebaba z makaronem (!) na świecie, balony o wschodzie słońca w Kapadocji, Stambuł – bakławę, sok z granatów i setki kotów na ulicach, ukłucie żalu z powodu filiżanek, które chciałam kupić, ale brakło mi kasy… W ogóle na wspomnienie jedzenia, jakie miałam okazję próbować, robię się głodna.

Świat w 2020 roku dał nam szansę zatrzymać się na chwilę. Prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca – podpisuję się pod tym tekstem rękami, nogami i wszystkimi trzema tysiącami piegów na gębie, choć prawdę mówiąc wolę wschody.

Uwierzcie mi, że wybrać TOP-12 zdjęć tego roku było mi BARDZO ciężko – ze względu na bogatą tematykę doświadczeń 😀 Samych ujęć Babiej Góry z Witanowic miałabym co najmniej 5, widoków z Jagnięcego Szczytu spokojnie uzbierałabym z dziesięć, nie mówiąc ogólnie o tatrzańskich czy pienińskich pejzażach, liczonych w dziesiątkach, jeżeli nie setce, a gdzie jeszcze sarny zza miedzy, łabędzie znad stawów i cała horda motyli i pszczół z kwiatowymi aranżacjami wprost z ogródka? Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2020:

Z moich zeszłorocznych postanowień (były ze trzy, w tym jedno wielkie podróżnicze – haha) udało się spełnić tak naprawdę jedno: chciałam notować wszystkie książki, które czytam – ciekawiło mnie, czy podołałabym wyzwaniu „jedna książka tygodniowo”. Okazało się, że przeczytałam ich całe 63! Nie jestem statystycznym Polakiem i co więcej – nawet zawyżam średnią! ❤

A arbuzy w tym dziwnym roku 2020, mimo późnego sadzenia, plagi ślimaków i naprzemiennych ulew i suszy – urosły wyśmienite. Może nie większe, ale na pewno słodsze niż z Biedronki. Prawdziwe wyzwanie na rok 2021? Wyhodować jeszcze większe i jeszcze słodsze arbuzy! I to jest jedyne realne postanowienie, którego jestem pewna, że je podejmę! 😀 Reszta wyjdzie w praniu. SYTUACJA JEST I ZAPEWNE PRZEZ JESZCZE DŁUGI CZAS POZOSTANIE DYNAMICZNA.

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Co się odwlecze, to nie uciecze. Życzę Wam też dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało 😉 Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Tylko jedno w głowie mam…

2:57. Ktoż normalny wstaje o takiej porze ciemna listopadową nocą? Tak cieplutko w pierzynce, gdzie tam jeszcze do wschodu słońca…. Nigdy jednak nie mówiłam, że należę do osób „normalnych”, także DZYYYYNG! Wstaję od razu z wykopem i jadę w Tatry. Co lepsze – Ewelina, śpioch nad śpiochy, również na nogach, gotowa. Góry wzywają, a skoro tylko nadarzyła się okazja – nie można im odmówić!

W dodatku budzę się z piosenką, która będzie mi towarzyszyć całą drogę, zwłaszcza po ciemku (tak jakoś mam, że sobie śpiewam pod nosem, gdy czekam na słońce; za dnia mi przechodzi): TYLKO JEDNO W GŁOWIE MAM… Polecam przeróbkę.

A miałam już nigdzie nie jechać… 😉 Zawinąć się niedzielnym popołudniem w koc i popijając zdrowotną herbatę z rokitnikiem (lub z prądem, ewentualnie już jakiś czas chodzi za mną grzaniec, ale o ile wino bym u siebie znalazła, ciągle zapominam kupić pomarańczę) czytać książki lub oglądać jakieś głębokie rosyjskie filmy o życiowych dramatach. No nie. Dopóki śnieg nie zasypie gór na dobre – hajda w góry! Grzech nie korzystać, tym bardziej, że listopad nadarzył się wyśmienity, ładniejszy niż depresyjny październik.

W październiku najpierw cały czas padało i było pierońsko zimno, zasypało Tatry i już straciłam nadzieję na wędrówkę granią Czerwonych Tatr w jesiennych warunkach, a potem, po zmianie czasu, kiedy wracając z pracy po 16 było już ciemno, zrobiło się jeszcze bardziej depresyjnie.

Wyhaczyłam jednak dwa dni w tygodniu z okienkiem pogodowym, wzięłam wolne w robocie, jeden dzień poświęciłam na prace ogródkowe, a na myśl o drugim zaczynało mnie już nosić. Łaziłam, rozmyślałam i z tych rozmyślań zrodził się wypad na Pilsko. Na wschód słońca. Inaczej byłoby zbyt nudno, a ja potrzebuję nieco adrenaliny. Na Pilsko idzie się mozolnie, dłużej niż na Babią, oczywiście w środku nocy nic nie widać, ale za to na powrocie wszystko było nowe, przez co piękne. Po drodze brakowało tylko soczystej wiosny – było lato (ciepło), jesień (złoty las) i zima – taka ze śniegiem i zmrożonym lodem tuż pod szczytem. Wesoła była ślizgawka 😀

Na 12 już w domu, mogłam poświęcić się dalszym pracom polowym oraz kuchennym. Zrobiłam zupę dyniową na ostro z mleczkiem kokosowym, a na deser muffinki dyniowe – cóż, taki sezon, wcześniej ciągle był ryż z jabłkami, a na deser szarlotka 😉

Za to listopad powitał nas wprost bajkowo, rodem z Krainy Czarów. To znaczy dwa dni wcześniej, z dnia na dzień nagle zamknęli cmentarze, dowiedziałam się o tym w piątek po 16, także tegoroczny Wszystkich Świętych zdecydowanie różnił się o typowych. W sumie w tym roku nic już nie dziwi, dobrze, że choinki rosną nam w ogródku i zawsze możemy jedną ciachnąć, bo kto wie, co nasz cudowny rząd zrobi z Bożym Narodzeniem! W każdym razie – 1.11 po dupowatym październiku wlał iskrę nadziei, że jeszcze może być pięknie i jesiennie! I było. Brakowało mi porannych spacerów po polach, spotkań z sarnami – w tym roku, a przynajmniej na pewno od czerwca chyba więcej razy byłam w Tatrach, niż na foto-łowach… Ten jeden poranek wynagrodził mi wszelaki niedosyt! Nawet lisika udało mi się spotkać:)) Patrzcie, jak było bajecznie! I jak tu nie wierzyć w Krainę Czarów? 🙂

Poza tym udało mi się zrealizować swój jesienny cel i listopadowej niedzieli, gdzie było ciepło jak latem, szłam przez Czerwone Wierchy, napawając się feerią rudych barw. Fajna pętelka – z Kuźnic przez Halę Kondratową na Kopę Kondracka, potem wio na Kasprowy i zejście przez moją ulubioną Halę Gąsienicową powrót do Kuźnic. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, ciesząc się słońcem. Potrzebowałam takiej wędrówki. Praktycznie cały czas mając przed sobą wspaniałą Świnicę i w głowie układając sobie już plany na przyszły sezon. 😉 Śpiewałam sobie „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”, byłam w pełni usatysfakcjonowana, naprawdę jedyne, czego oczekując od tego roku, to wyjechać gdzieś tradycyjnie, na urodziny. Ale potem…

A potem, dokładnie w kolejną niedzielę znowu pojechałam w Tatry, w dodatku decydując się pójść – nie bagatela! – na Przełęcz Krzyżne. Skąd taka nazwa? Krzyżne pochodzi od położenia w miejscu, w którym krzyżują się trzy grzbiety.  Jest to tak właściwie przełęcz, łącząca Dolinę Roztoki z Doliną Pańszczycy i Doliną Waksmundzką. Co ciekawe, na początku ubiegłego stulecia przez Krzyżne przebiegała Orla Perć zaczynającą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza, biegnącą przez Wołoszyn,  Buczynowe Turnie, potem Granaty, przez Kozi do Zawratu. Początkowy odcinek do Krzyżnego został zamknięty w 1932, dziś jest krańcowym odcinkiem. To nasze kolejne muśnięcie Orlej Perci tego roku! (było już przejście Granatów i Kozi Wierch solo. Kiedyś przyjdzie czas na całość! :)))

To była taka wyprawa – wisienka na torcie i zakończenie letnio-jesiennych wojaży. W oczekiwaniu na zimę, a z tego co patrzę, pisząc tą notkę – troszkę już zasypało, a na Łomicy aktualnie -16*C 😀 do połowy grudnia może zdąży zrobić się stabilny śnieg, wolne w pracy już sobie zaklepałam!

Mały człowiek, wielka Orla Perć.

Pogoda tego dnia znowu dopisała wyśmienicie. Nie licząc kilku śliskich elementów, jak chociażby przy Siklawie, gdzie prawie straciłam zęby, lub miejsc na północnym zboczu, gdzie słońce słabo dociera. To jednak szczegół. Wejście na Przełęcz Krzyżne to po prostu MIAZGA – ale koniecznie polecam od Doliny Pięciu Stawów Polskich! Schodziłam w stronę Murowańca, skręcając potem na Wołoszyn i Gęsią Szyję i na 100% nie chciałabym tamtędy iść do góry. Zero motywacji przed sobą, prócz stromego żlebu pełnego kamieni. A od strony Piątki cały czas widoki pierwsza klasa: a to majestatyczne Tatry Bielskie, Gerlach, same te piękne ostre granie i tatrzańskie warstwy, przyprawiające mnie o ciarki, no coś pięknego! Jak tu mam nie śpiewać „Tylko jedno w głowie mam…”?!

To ostatnie – Gerlach z Gęsiej Szyi.

I tak to pozostawmy! Wena się wyczerpała.

Trzymajcie się ciepło w te ciemne, listopadowe wieczory!

PS. Straszne nie jest zimno, ale właśnie ciemność. Mówię to ja, dziecko złotego światła i kwiatów.

Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej

_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀

 

 

 

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

 

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!

Dzikie wojaże

Niech się dzieje!

6.04.2019

W przede dniu kolejnego wyjazdu do Gruzji, zebrawszy wszystkie rzeczy, czas zebrać i myśli, a trochę ich jednak jest. Znowu rzucam wszystko i lecę w świat daleki. Ale tak naprawdę w głębi serca wiem, że „NIE BYŁOBY DROGI, GDYBY NIE BYŁO DOKĄD WRACAĆ, NIE BYŁOBY DOKĄD JECHAĆ, GDYBY NIE BYŁO MIEJSCA, Z KTÓREGO SIĘ WYRUSZA”.

A definitywnie tym Miejscem jest mój Dom rodzinny, moje ukochane i najpiękniejsze Witanowice, a jak ktoś nie zna, to można i dodać Wadowice. Szykując się na ten wyjazd nie zapomniałam już o fladze – spodziewajcie się zdjęcia ze szczytu z biało-czerwoną flagą i podpisem „WADOWICE” 😉

_DSC7792.JPG
Witanowice i królująca nad pejzażem Babia Góra.

Zawsze jak jakiś obcokrajowiec pyta, gdzie mieszkam, mówię najprościej – w górach. Przecież i tak nie ogarną różnicy pomiędzy Beskidami, a Tatrami. A’propos – w zeszłym tygodniu udało mi się raz jeszcze skoczyć w Tatry – musiałam się napatrzeć na kolejne 7 miesięcy. (tak samo jak musiałam się najeść, napiec, nagotować itd. Takich rarytasów w Gruzji nie ma. :P) Niby zima, a jakby lato! Zrobiłyśmy Halę Gąsienicową przez Boczań, Czarny Staw, z powrotem Hala i przez krokusową Dolinę Jaworzynki do Kuźnic, po drodze zahaczając o pizzę. 😀 cała, caluteńka droga w krótkim rękawku i z podwiniętymi do kolan spodniami! Ludzie gapili się na mnie jak na kosmitę, ale serio – upał niesamowity. Oczywiście, by tradycji stało się zadość, zjarałam się jak niebożę stworzenie, pierwsze koty za płoty, teraz (może) będę łapać już brąz. Łapcie kilka zdjęć, popatrzcie, jak pięknie!!

Tyle Tatr, czas na Kaukaz. Tym razem Kalkulator dat wyliczył że pomiędzy datą 7 kwietnia 2019 r. (niedziela) a datą 20 października 2019 r. (niedziela) jest 196 dni, co stanowi 6 miesięcy i 13 dni”. Super.

Pamiętam, jak to było rok temu. W sumie to nie chce mi się cytować, bo myśli podobne, odsyłam więc do wpisu. 

Dziś już mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Przez co i, choć zupełnie nieświadomie, dużo bardziej przeżywam. Taka już jestem, że może nie widać na zewnątrz, ale w środku siedzi wszystko i się kłębi jak chmury nad górami. Będzie jednak dobrze. Jak się już zabiorę z tymi bagażami, które ważą więcej niż ja (2x23kg+1x8kg), wylezę z pociągu, jakimś cudem przeteleportuję się na lotnisko, raz jeszcze przepakuję i oddam to w cholerę do samolotu – już będzie dobrze.

Potem już poleci po petardzie, na przypale albo wcale i tak dalej.

GRUZIŃSKI SEZON DZIKICH WOJAŻY VOL. 2 WŁAŚNIE SIĘ ROZPOCZYNA! NIECH SIĘ DZIEJE! 🙂

_DSC9062
Koń by się uśmiał!

PS!!! Jeżeli ktoś z Was ma instagrama, zapraszam na mój profil @agawielinska , gdzie na bieżąco wrzucam głupio-śmieszne relacje 😉

Dzikie wojaże

Zimowa Kraina Czarów – MOko.

Kiedy zaczynam się snuć po domu jak zbity pies i gdy jak u Mickiewicza: Czegoś mi brakuje, coś widzieć żądam; I tęskniąc sobie zadaję pytanie: czy to już T E N  C Z A S, to odpowiedź zazwyczaj jest jedna. Tak, pora jechać w góry.

Ledwie miesiąc minął, a już chciało się gór, chciało się przewietrzyć głowę, przemrozić myśli. Domowa stacja meteorologiczna funkcjonowała niemalże od pierwszych dni grudnia, optymalizacja wyboru terminu wypadu była ściśle uzależniona od warunków 😀 cóż ukrywać, warun ważna rzecz, by zdjęcia fajne były, a aparat nie ucierpiał od śnieżycy!

Oczywiście jak zwykle mój kompas w głowie wskazywał na kierunek Kuźnice, ale z racji nie do końca pewnej pogody stwierdziłam: aa kij. Lata nie byłam na Morskim Oku! A bo co to dla mnie za wyzwanie, jak droga asfaltowa, blablabla. W sezonie nie ma to żadnego uroku, jeszcze tysiąc pięćset ludzi na każdy metr kwadratowy.  Postanowiłam jednak zaryzykować- jak się okazało, intuicja mnie nie zawiodła. 🙂 Z resztą – zimowa sceneria robi z tego miejsca całkowicie bajkowe otoczenie! Człapie się to 10 kilometrów i całą drogę można się zachwycać, naprawdę.

Co tu dużo gadać, popatrzcie z resztą sami: 

 

Samo Morskie Oko to największe jezioro w Tatrach, położone u stóp Mięguszowieckich Szczytów, na wysokości 1395 m n.p.m. Panorama przedstawia od wschodu Grań Żabich (Żabia Czuba 2079 m.n.p.m., Żabi Szczyt Niżni 2098 m.n.p.m., Żabi szczyt Wyżni 2259 m.n.p.m.), Mięguszowieckie Szczyty (Czarny 2404 m.n.p.m., Pośredni 2393 m.n.p.m., Wielki 2438 m.n.p.m.), Cubrynę ( 2376 m.n.p.m.) po Szpiglasowy Wierch (2172 m.n.p.m.). Dalej grań skręca w kierunku północnym i przez Miedziane (2233 m.n.p.m.) i Opalone (2115 m.n.p.m.) domyka otoczenie Morskiego Oka. Wyróżniająca się sylwetka Mnicha (2070 m.n.p.m.), zarys karu polodowcowego nad Czarnym Stawem (1583 m.n.p.m.) i ciemna barwa ściany Kazalnicy (2159 m.n.p.m.) to charakterystyczne składniki krajobrazu nad Morskim Okiem.

_DSC4691.JPG
Panorama znad Morskiego Oka. 

„Bo jak jest zima, to ma być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury” – prawda? Nie wszyscy jednak to przyjmują do wiadomości, tak samo jak to, że tą porą bardzo szybko zapada zmrok. Z Morskim Okiem związana jest groteskowa historia. Śmieszna i tragiczna zarazem. Tym bardziej, że zdarzyła się już nie jeden raz: turyści utknęli nad jeziorem, ponieważ zastał ich zmrok, a konne zaprzęgi wtedy nie kursują! Po godzinie 17 zaalarmowali straż pożarną, policję, biedny TOPR, a nawet wojewodę małopolskiego o tym, że mają problem z powrotem do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się szlak. Na miejsce wysłano dwa patrole policyjne. Okazało się, że na zejście czeka grupa niemal pięćdziesięciu turystów, którzy nie mają latarek i boją się zejść w dół. Czytając takie informacje, czasem mam wrażenie, że niektórych ludzi powinien nastraszyć głodny miś, by uruchomić ich szare komórki. 🙂

Oczywiście mam już takie zboczenie zawodowe, że będąc w górach pierwsze co, to patrzę komuś na buty 😀

Napatrzyłam się, na jakiś czas mi wystarczy. A żebym za bardzo się nie stęskniła – 7.01.2019 znowu lecę do Gruzji. Uwaga uwaga – na narty. Żeby było śmiesznie, będę je miała pierwszy raz w życiu na nogach. Boję się trochę, najbardziej chyba boję się tego, że… mi się to spodoba i będę miała kolejne (drogie) hobby. DZIOŁCHA Z GÓR I NA NARTACH NIE JEŹDZI!!!!!!!!! Trzeba to zmienić 😀 Przy okazji zobaczę, jak zimowa Kraina Czarów wygląda w wersji gruzińskiej.

Si ja! :)))))))