Dzikie wojaże

Niebo pełne gwiazd, czyli jak zawsze na pełnym gazie.

18.09.18, wtorek

Środek nocy. Zrywam się i rozchylam namiot, wystawiając głowę, by zobaczyć, czy mgła się rozwiała i widać gwiazdy. Chyba mam zwidy. Pomiędzy namiotami biega lis z wielką, rudą kitą – chyba go wystraszyłam blaskiem czołówki, bo pogubił się, pokręcił w kółko i uciekł, spłoszony.  Nie, to nie zwidy. Niebo pełne gwiazd. Przemagam się więc, wychodzę z ciepłego śpiwora i idę robić zdjęcia. Miałam nosa – to, że całą drogę pada deszcz, a mgła wisi jak w Mordorze nigdy nie oznacza, że nocą się to nie rozwieje. O 2 niebo było usłane gwiazdami – można od nich dostać zawrotu głowy!

Muszę znaleźć kamień, który posłuży mi za statyw. Jedno zdjęcie przetwarza się 30 sekund, więc od oczekiwania w bezruchu trochę marznę. Do namiotu wracam przed 3 i jakoś nie mogę się już zagrzać, chłód przenika do szpiku kości. Zdaję sobie sprawę, że trochę przesadziłam, bo kto normalny zrywa się w środku nocy i spędza godzinę na polu, robiąc zdjęcia gwiazd? Z których wyszły może trzy.

Przewracam się z boku na bok. Mam wrażenie że ktoś łazi obok mojego namiotu. Lisik?? Czy może sfora bezpańskich psów? A może to tylko złudne wrażenie i po prostu zaczyna wiać? Chyba tak, to tylko wiatr. Uspokajam się, zwijam w kokon i w końcu nad ranem zasypiam. Gdy rano się budzę i wystawiam głowę, u wejścia do namiotu stoi czarny jak diabeł, kulawy pies, wesoło merdający ogonem.

Tak w skrócie wyglądała moja wczorajsza noc. Ubzdurałam sobie powtórkę zdjęć nocnych, bo ostatnio nie miałam ze sobą szerokokątnego obiektywu i widząc niebo nad Saberdze strasznie żałowałam. Miała być raz jeszcze Juta, ale tak jakoś przy okazji się złożyło, że zaprowadziłam grupę i tam z nimi spałam. Całą, caluteńką drogę padał deszcz. Myślę sobie: ależ ja jestem szurnięta!! Z własnej, nieprzymuszonej woli iść z dużym plecakiem, moknąć i marznąć potem w namiocie – to nie jest do końca normalne. 😀 Gwiazdy jednak wyszły, więc mam nadzieję, że nie marznęłam nadaremno i  z moich zdjęć też coś wyjdzie.:)

aaagggg.jpg
Niebo pełne gwiazd.

A rano jaki cudowny widok!! Wdrapałam się na górkę i miałam swoje chmury, wiszące nad Kazbegi. Z jednej strony widok na lodowiec, a z drugiej taki spektakl… Warto było poprzedniego dnia zmoknąć. Okazuje się, że w moich szalonych pomysłach jak zwykle jest metoda – podświadomie wiem, że mają one rację bycia i zawsze wychodzi na moje! 🙂

W ostatnie dni byłam też w Dolinie Truso i w Jucie – jako przewodnik dla dwóch Żydów z Izraela, którzy wcale nie wpisywali się w typiczność swojej nacji, więc było bardzo miło i sympatycznie. Już gołym okiem widać, jak wszystko przywdziewa jesienne barwy… Lubię ten czas, pięknie jest. A co do kropelek i pajęczynek – wczoraj w drodze na Saberdze było tak wilgotno, że mi się na warkoczu osadzały! Miałam swoje kropelki! Jeszcze brakowało zamrożonych rzęs 😉

_DSC8859
Konik z Juty.

Jutro przejmuję kolejną grupę, pewnie ostatnią w tym sezonie – będę z nimi aż do końca września, a plany mamy bardzo bogate! Będzie super! 😀 Potem to już tylko październik, sezon dobiegnie końca i ogółem to przeleci jak z bicza trzasnął… Nawet się nie obejrzę, a już w domu będę! A, a’propos – jak tak siedzę w tym namiocie i piszę na kolanie, to tak sobie myślę, jak bardzo napiłabym się teraz z rana kubka gorącego mleka z roztopionym masełkiem…. Och ach!:)

Na sam koniec jeszcze jedna anegdotka z codziennego życia Agencji Górskiej z serii KOCHAM MOICH TURYSTÓW: przychodzi kiedyś pani do biura, przegląda pamiątki, zerka na mapę, a w końcu pokazuje palcem na butle z gazem:

-Szto eta?

-Eta gaz.

-A kamu eta?
-Nu, alpinistam.

Pani zdziwiona, patrzy na mnie jak na wariatkę, po czym z całkowitą powagą pociera nos i pyta:

-A zaczem alpinistam gaz? Sztoby ego niuchać?

Hm. Wciągać gaz, żeby dodał Ci skrzydeł. Można i tak, na pełnym gazie! W Gruzji przecież wszystko można.

No astarożna. 🙂

Dzikie wojaże

Ruda Wiewióra na adrenalinie.

24.06.18

Ledwie rozpoczął się czerwiec: przeżywałam swoją tygodniową grupę, planowałam swój wyjazd do Baku (planowanie = zakup biletów + nocleg ; reszta jest kwestią spontaniczności), a tu za tydzień już lipiec będzie i kolejne grupy, kolejne plany… Dużo się dzieje. Lubię mieć dużo na głowie, bo wtedy, mimo iż czasem chaotycznie, ale jednak kieruję się większym zorganizowaniem swojej czasoprzestrzeni. Wiem, że po prostu muszę. 😀 Także leci, a wręcz pędzi jak szalony ten mój czas w Gruzji. W Kazbegi jest już pięknie zielono, jakby jeszcze dłużej niż do 15 po południu utrzymywała się słoneczna pogoda, to by już w ogóle było idealnie-pięknie-cudownie. Ale cóż. I tak nie ma na co narzekać. Po ostatnim Baku i całym dniu w Tbilisi jestem wygrzana na przynajmniej trzy tygodnie, wystarczy mi tego gorąca. Nasze Kazbeckie 20*C i lekki wiatarek są dla mnie optymalną pogodą. 😉

Miałam naprawdę świetną grupę. Współpracować z takimi ludźmi to czysta przyjemność, a nie praca. Gdy widzę, że komuś się podoba i w dodatku słucha tego, co mówię, staram się dawać z siebie jeszcze więcej. Jestem jak  Ruda Wiewióra na adrenalinie. 😀 😀 Byliśmy w Wąwozie Darialskim, przepięknej i kwitnącej wzdłuż i wszerz Dolinie Truso, Jucie, Dawid Gareji, które przez miesiąc zmieniło się nie do poznania, gorącym Sighnaghi, leniwym Tbilisi, ale jednak numerem jeden i hitem całej wyprawy był trekking do Stacji Meteo. Pierwsze koty za płoty – teraz już wiem, z czym to się je!!

 

Po drodze – wszystkie cztery pory roku. Kwitnące rododendrony, upał, burza z gradem i śnieg – a to wszystko na przestrzeni 15 km, jakie dzieli Cerkiew Cminda Sameba i Stację Meteo, znajdującą się na wysokości 3560 m n.p.m. Droga do Przełęczy Arsza nie przysporzyła żadnych wyzwań – w końcu byłam tam nie raz. Trudności rozpoczęły się po przejściu Saberdze – gradobicie w górach nie należy do przyjemnych doznań 😛 Przejście przez lodowiec było dla mnie ekscytującym przeżyciem . W końcu, jak większość ludzi, miałam do czynienia z najprawdziwszym lodowcem. Jeszcze może przykrytym śniegiem, ale cały czas żywym i aktywnym lodowcem,  pełnym szczelin po drodze. Ostatnia prosta w drodze do Meteo to kupa skał i kamieni. Nie zapamiętałam gruzińskiego określenia na ten odcinek, ale, jak stwierdził przewodnik – „po rosyjsku nazywamy go prosto pizdziec” – strome podejście na dobicie człowieka, który myślał, że po lodowcu to już wszystko pójdzie jak z płatka 😀 Co ciekawe, równie strome podejście wiedzie z rzekomej „toalety” do Meteo. W żargonie przewodnicy nazywają je Everestem. Śmiałam się z tego, dopóki sama nie złapałam tam zadyszki 😉

Czas w Meteo spędziłam w większości z przewodnikami – widać, bliżej mi do gida, niż do turysty 😉 Zobaczyły chłopy Rudą Wiewiórę, to się od razu ucieszyli, no co! O matko, jak oni mnie dbali! Kawusia, herbatka, cukiereczka? Czekoladki? A na śniadanko co byś zjadła? Moja grupa sama musiała sobie śnieg na wodę topić, by wypić herbatę, a ja jak jakaś pieprzona księżniczka na włościach! 😉

Bez telefonu, bez Internetu – czas na Meteo płynie niespiesznie, swoim rytmem. W górze odpoczywasz od życia w dolinie. Przewodnicy rozmawiali głównie po gruzińsku, ja starałam się łowić słowa, które znam, ale w większości gapiłam się jak cielę na malowane wrota, litościwie prosząc o tłumaczenie na rosyjski, do czasu aż jeden przewodnik nie zwrócił uwagi na Nikusia (dla niewtajemniczonych: Nikuś to miłość mojego życia – mój aparat!), zadając mto magiczne pytanie z błyskiem w oczach: „Robisz zdjęcia?!” Wtedy już było pozamiatane i pół wieczoru przegadaliśmy na temat zdjęć nocnych (przy kolejnym spotkaniu na Meteo czeka mnie egzamin!) i kompozycji linowej w kadrze. Podobały mu się moje zwierzęta, a mi jego zdjęcia z drona. Trafił swój na swego, ot co.

W kuchni przewodników na parapecie stoi roślinka. Przecierałam oczy ze zdumienia: nieee, to nie może być to, co myślę. A jednak. Najprawdziwsza konopia indyjska wielkości 10 cm. A obok w doniczkach kiełkuje 7 kolejnych. Chłopaki zastanawiali się nad imieniem dla niej. „Nazwijmy ją Agnieszka! Co Ty na to?” Roześmiałam się. „Tak, dobra myśl! Niech będzie tak piękna i silna jak Ty!” Także ten tego, podjęłam duchową adopcję roślinki na Stacji Meteo. Nikt nie ma takiego chrześniaka!!

_DSC4791.JPG
Agnieszka.

Ciepła atmosfera w kuchni przewodników jakoś przyćmiła niedogodności pokoi i w.w. „rzekomej toalety”. Warunki gorzej jak polowe, proponuję trzymać do ciemności, wtedy jest lepiej, bo nie widzi się dna. 😀 Wszystko jest jednak do przeżycia – jesteśmy ludźmi i z tym, chcąc nie chcąc, nie da się wygrać.

Kolejnego dnia wchodziliśmy do Białej Kapliczki i na wysokość 4000 m n.p.m. – tak właśnie wygląda trening aklimatyzacyjny. (Z moim napędem i turbodoładowaniem kolejnej nocy mogłabym iść na atak szczytowy! Co się jednak odwlecze, to nie uciecze!!) W drodze powrotnej do Kazbegi znów najgorsze było gradobicie i nieustający deszcz, który dobił mnie bardziej niż cała droga fizycznie tam i z powrotem. Uroki gór. Z tym jednak nie wygra, bo na prawdziwe uzależnienie nie ma lekarstwa. Z każdym razem człowiek chce tylko więcej i więcej.

Dlatego jutro znowu tam idę. Widoki uzależniają.