Dzikie wojaże

Trza cisnąć!

Tydzień urlopu to znacznie za mało. To wprost nieetyczne barbarzyństwo. Pomijając fakt bezsensowności tak krótkiego odpoczynku, bo człowiek nie odpocznie. Co innego miesiąc. W piątek wróciłam z Dolomitów, weekend minął jak z bicza trzasnął, w poniedziałek poszłam grzecznie do roboty i poczułam okrutne zderzenie z ścianą rzeczywistości. Aj, jak to bolało, możecie mi wierzyć na słowo! I jeszcze pogoda się zrobiła, jak na złość! Pomiotałam się więc nieco i poszłam żebrać o wolny czwartek i piątek – udało się! Perspektywa trzydniowego tygodnia pracy od razu dodała mi skrzydeł i chęci do działania. Takim to sposobem, na dobicie po urlopie, znowu wzięłam urlop. Mówiłam, że tydzień to za mało i musiałam sobie dać w palnik jeszcze więcej, by móc normalnie pracować i w miarę funkcjonować w tym systemie! 😄 A plany były ambitne, istnie diabelskie…

W ogóle to jest śmieszne, jak wyglądam zazwyczaj w poniedziałek w pracy. Podkrążone oczy, nieodmalowane paznokcie, ładna sukienka dla zachowania pozorów – i te obtłuczone kolana i porysowane nogi, świadczące o przebytym weekendzie! „Mhmm, Aga znowu gdzieś była” – no tak, a jakby. Dziecko wojny.

Jakoś tak już w zeszłym roku, po ekscytujących Granatach, wymyśliłyśmy sobie, że teraz to już trzeba iść na  Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Nie udało nam się to wtedy, obierając ten kierunek jako cel główny sezonu letniego A.D. 2021. Cóż – jak to z planami bywa, nie zawsze są takie proste w realizacji, jakby się chciało 😉 Był Szpiglas, Świnica, spory kawał Orlej Perci, sto innych wypadów w międzyczasie, a Chłopek jakoś nie po drodze, bo albo nie siadła pogoda (kiedy to obchodziłyśmy w kółko Morskie Oko i spałyśmy na kamieniu w Dolinie za Mnichem, albo czas gonił, albo nogi bolały na samą myśl o asfalcie do MOka tam i z powrotem. Przeszedł czerwiec, zleciał
lipiec, śmignął sierpień… A tu dalej nic. To dlatego Przełęcz pod Chłopkiem była tym szatańskim pomysłem na dobicie po urlopie 😄 Cel idealny! Ja wolne, Ewelina wagary (ja bym to usprawiedliwiła jako „poszerzanie sprawności fizycznej i znajomości geografii w praktyce”), 3 rano, no i dzida w Tatry. Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem często nazywają najtrudniejszym
(zaraz po Orlej) szlakiem w polskich Tatrach, a już na pewno najbardziej ekscytującym – cóż, PORA ZMIERZYĆ SIĘ Z LEGENDĄ!

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem

Było jeszcze ciemno, w końcu to wrzesień, a czas dnia o tej porze roku nie jest raczej sprzymierzeńcem, czekało nas ekscytujące przejście 8km odcinka asfaltowej drogi aż do Morskiego Oka – najbardziej znienawidzonej części „szlaków dojściowych”. Kurde, gdyby nie ten asfalt, szłabym tam z większym zapałem – jakby nie patrzeć, dobra baza wypadowa… Ja zazwyczaj najgorsze lubię mieć za sobą na samym początku, byle szybciej poszło w zapomnienie (dlatego mięsa z talerza pozbywałam się zawsze najpierw, a pyszniutkie ziemniaczki na koniec :P), dlatego włączyłam piąty bieg i zasuwam. Ewelina się trochę wlecze.

– EEJ, CO TAK WOLNO?

– A, bo muszę się rozbudzić.

– To chodź szybciej!

Trochę żeśmy poburcały na siebie, każda broniąc swojej racji na temat tego, jak należy rozprawiać się z najmniej ulubionymi częściami, ale nawet dość szybko nam ten fragment minął. Druga sprawa, że było dość rześko, a my obie w spodniach do kolan – „bo za dnia będzie ciepło”. Właśnie – w tym momencie rozgorzała druga dyskusja, tak mile urozmaicająca nam czas w
drodze do Morskiego Oka:

E: Dlaczego ciągle powtarzasz, że jest rześko, a nie nazwiesz tego po
prostu słowami, że jest zimno!

A: Bo jest rześko. Zimno to było przed wschodem słońca na Elbrusie.
Tutaj naprawdę jest tylko rześko.

E: Zimno!

A: Rześko.

Cóż. Granica pomiędzy rześko a zimno naprawdę zależy od punktu siedzenia. Ale fakt faktem, słowo „rześko” ma ładne brzmienie.

Śniadanko nad Morskim Okiem smakowało wybornie, części do Czarnego Stawu pod Rysami też za bardzo nie lubię, więc poszło szybko, a potem to już zielony szlak i zaczęła się zabawa 🔥

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem była tylko częścią szatańskiego planu Agusi. Część druga – pozaszlakowe wejście na Mięguszowiecki Szczyt Czarny. Czyli z serii: jak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! 😀 Nie byłyśmy pewne, czy nam się uda, w końcu na Czarny nie prowadzi znakowany szlak, trudności techniczne też są znacznie większe w porównaniu z taką Świnicą czy Granatami; na wszelki wypadek wpisałyśmy się jednak do książki wyjść taternickich i mogłyśmy iść ze spokojną głową. Oh, byłam dumna z Eweliny! Przejęła ode mnie pałeczkę przewodnika, skwitowała to słowami „koncentracja na maksa i dzida do góry!”, wypatrywała kopczyków i jakoś nam się udał nam ten pierwszy pozaszlak!

O matko, ależ to były emocje! WRESZCIE JAKAŚ ADRENALINAAAA! Z wrażenia aż sobie wargę do krwi przygryzłam i potem chodziłam taka opuchnięta, jak po botoksie 😉 Nic, tylko chodzić poza szlakiem, same plusy!

Nie no, żartowałam z tym wszystkim. Tak naprawdę to naszym celem było Morskie Oko, przypadkiem wyszła Przełęcz pod Chłopkiem, a deserem został Czarny Mięgusz. 😜 Legenda została sprawdzona na własnych nogach i obalona.

Muśma pyta nas po powrocie:

Czy to tam byłyście, gdzie w filmiku na youtubie jest tak stromo i taka przerażająca przepaść?

– Tak, ale nie było tak źle. To kamerka 360* dała taki efekt i takie wyobrażenie.

– Uf. Jak widzę takie przepaści, to mi serce mocniej nie zabije, ale ja się wzrokowo boję!

– Jak można bać się wzrokowo?

No, jak patrzę w dół, to mi źle.

– To się nazywa lęk przed ekspozycją. My tak tego nie odczułyśmy, wszystko w porządku!

Dwa dni po Chłopku i Mięguszu pojechałam razem z PTTK na Krywań. Kolejne „sprawdzenie legendy”, tym razem słowackiej. (Zapowiadali „ostatni dzień lata i pięknej pogody”, całe szczęście, nie sprawdziło się to, gdyż koniec września również dopisał). Święta Góra Słowaków, na którą w sierpniu organizowane są pielgrzymki. Powiem tak – szału ni ma, dupy nie urywa. Krywań stał się dla mnie jak Kościelec – fajnym szczytem, który trzeba zobaczyć, ale potrzeby tam wracać (jak na
Szpiglas czy Świnicę) totalnie nie odczuwam.
Widok, który zrobił na mnie wrażenie roztaczał się dopiero z samego szczytu – po drodze średniawka. Przepięknie widać Wysoką – to na niej głównie się skupiałam, siedząc na szczycie ponad 70 minut. Cudnie wszystko wygląda na zejściu, kiedy kwitną wrzosy. No i spotkałam dwa grube świstaki, a nawet ustrzeliłam jednego na zdjęciu. Tyle zachwytów z Krywania, koniec. 😁 ale jakby nie patrzył, mam już drugi szczyt Wielkiej Korony Tatr zaliczony hahah! Od czegoś trzeba zacząć 😉

Koniec września, a tu dalej ciśniemy. (Btw, muszę sobie zrobić rozpiskę, ile dni tego roku spędziłam w górach – na pewno więcej, niż rok temu 😉 ) Co ciekawe, tak samo cisną setki innych ludzi, co doskonale widać po tłumach na szlakach – pogoda dopisuje, trzeba więc korzystać. Zaplanowaliśmy ze znajomymi dwudniowy wypad – kolejny szatański plan. Po zeszłotygodniowych opadach śniegu szykowałam się raczej na warunki wczesno-zimowe, nie zmieściłam się do plecaka 35l, który zawsze biorę i wzięłam wielki 50l. O matko, ciężko było z nim 😁 ważył chyba 1/3 mnie, nie był zbyt wygodny, spaliłam milion kalorii, a tak w ogóle to po zimie został tylko bałwan w drodze na Kozi (a i to zapewne tylko chwilowe…)! Było tak ciepło, że ani dodatkowy polar, ani rękawiczki, nie mówiąc o raczkach się nie przydały! I po co to dźwigałam… (Zapewne, gdybym tego nie wzięła, byłoby zimno, jak to zwykle bywa). Cóż – mimo wszystko zawsze lepiej nosić, niż się prosić. Sobota była lajtowa – start z domu o 6 rano – tak późno w Tatry to jeszcze nie jechałam! Chilloucik w Dolinie Pięciu Stawów, oczywiście posmarowałam się kremem jakoś koło 13, co było znacznie za późno (tak, wrześniowe słońce też potrafi zjarać i to ostro!). W planach był zachód słońca na Kozim Wierchu. Wyszliśmy na spokojnie, a na szczycie byliśmy tak jakieś 3,5 godziny przed zachodem. Rekord świata w siedzeniu na szczycie, ciężko go będzie pobić! 😁 ale szczerze mówiąc – nie wiem, kiedy to zleciało! Ciągle goniłam to tu, to tam, delektowałam się widokiem, chmurkami, słońcem i oczekiwanie na złotą godzinę w ogóle się nie dłużyło. Cały czas przychodzili nowi ludzie, można było pogadać, pośmiać się – fajna sprawa. A zachód słońca z Świnicą w roli głównej – o Matko Boska Tatrzańska – piękniej być nie mogło! Rozlało się światło i stała się magia – w najczystszej, najwspanialszej postaci! A ja oczywiście oszalałam, bo nie potrafię być obojętna, kiedy takie cuda dzieją się na moich oczach. Niezapomniane
przeżycia….

Śmiałam się z moim towarzyszem, Matim, który też robi zdjęcia (zobaczcie koniecznie na jego instagram @matimomot https://www.instagram.com/matimomot/?hl=pl ) – w końcu co dwóch fotografów w ekipie, to nie jeden!), że będąc na tym samym plenerze mamy całkowicie inne zdjęcia, gdyż każdy z nas zwraca uwagę na co innego. Kiedy ja szaleję pod światło, Mati spogląda
całkowicie w przeciwną stronę, koncentrując się na chmurach, spowijających Tatry Bielskie. I tak cały czas 😁

W ogóle nie było zimno! Puchówkę i czapkę założyłam chyba tylko dla czystości sumienia i poczucia sensu tego, że to wszystko dźwigałam, bo na zejściu znowu wszystko poszło do plecaka.
Szybko poszła droga w dół, ekspresowy przystanek w schronisku i dzida na Palenicę. Tak późno z Tatr też jeszcze nie wracałam 😁 Szybko poszło, uczepiłam się chłopaka, który wspinał się na Zamarłą Turnię (oczy jak pięć złotych…) Gadka szmatka, śmialiśmy się z nazw dróg wspinaczkowych typu „Pachniesz Brzoskwinką” czy „Chuj w malinach”, gadaliśmy o szczepionkach i wyjazdach za granicę – aż kolana nie cierpiały na zejściu. Jak to mawiał Smierdiakow z „Braci Karamazow”, z mądrym to i miło porozmawiać. Potem na parkingu czekałam na swoją ekipę, która została trochę w tyle, chciałam przepakować sobie plecak i musiałam odganiać się od lisa, który chciał mi porwać żarcie. A może to była Aguara rodem z Wiedźmina, która chciała porwać mnie? W końcu magia się dzieje. 🦊 Środkiem nocy pojechaliśmy do Sromowców Niżnych. Tak – tego jeszcze nie wspominałam – planem na niedzielę był wschód słońca na Trzech Koronach. Sen jest definitywnie dla słabych. 

„Tak, sen jest dla słabych” – powtarzam sobie za każdym razem, mając gdzieś wstać o dzikiej porze. „Odeśpię jutro, przed pracą” – dodaję. A na wschód słońca, jak się okazuje, wstawać zawsze warto, gdyż każdy z nich jest magiczny i niepowtarzalny. Dawno już marzyłam zapolować na wschód słońca na Trzech Koronach. Tym bardziej jesienią – mając nadzieję na spektakl ponad morzem
chmur. Cóż. Głupi ma zawsze szczęście, więc warun siadł perfekcyjny! Zdjęcia to jedno, nie wyszły jakieś szałowe, szczyt Trzech Koron (a tak właściwie platforma widokowa na jednym z wierzchołków) raczej nie jest przyjazny wygibasom, ale zobaczyć to na żywo – doświadczenie nie do opisania! Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że „marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia”. Wystarczy jedynie odpowiednio wcześnie wstać 😉 Na 3 Koronach w niedzielny poranek było całkiem sporo osób, w tym duża grupa z Rzeszowa, ale jakoś się wszyscy pomieściliśmy i było wesoło. Znalazł się nawet model, który zechciał zapozować na skale – ku uciesze świrów z aparatami 😁

A morze mgieł i „pienińskie lasery” – no baja, aż mi słów brakuje z zapowietrzenia.

KONIEC. Łaaaa, na bogato relacja wyszła! Mam nadzieję, że chaos mnie nie przerósł, zbytnio nie zanudziłam i tradycyjnie chylę czoła tym, którzy dobrnęli do końca! W zanadrzu już kolejne relacje – w październiku też trza cisnąć!

Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)