Dzikie wojaże

Wzdycham do wiosny.

Praktycznie koniec kwietnia, a Kazbegi dalej tkwi głęboko w czarnej d…, to znaczy, przepraszam – w bialutkiej zimie. W zeszłym roku kwiecień był piękny, a teraz jakoś nie może się wykluć ta wiosna. W Polsce +20*C, bzy, tulipany, zawrót głowy… Cóż. Ja mam swoje zawroty głowy, a na wiosenne westchnięcia przyjdzie pora gdzieś w połowie czerwca zapewne. Kiedy sezon nabierze rumieńców. 😉 w każdym razie definitywnie jestem dzieckiem kwiatów i złotego światła, zgłaszam głęboki sprzeciw, żeby zima trwała pół roku! Tak nie może być!

Sezon póki co powoli się dopiero rozkręca, bardzo powoli. Już jednak kilka ewenementów wyjrzało. Moje przygody z klientami nie są może tak spektakularne (omijają mnie NA SZCZĘŚCIE pytania, co można tu w aptece kupić na hemoroidy, lub czy autem da się wjechać na Kazbek), ale zdarzają się jednak specyficzne ciekawostki, jak chociażby z zeszłego sezonu:

-Czy skoro kilki trekkingowe kosztują 10 lari, jak wezmę 1, to zapłacę 5 lari?

Ech, bywajet takoje. (Znowu się przestawiłam na rosyjski, miewam problemy z ojczystym językiem, więc wybaczcie mi nieskładną składnię i wszelakie rusycyzmy, to zupełnie nieświadomie!).

W zeszłym tygodniu leje jak z cebra, a tu do biura wchodzi jakiś Gruzin. Pomyślałam, że to na pewno Megrel, bo był rudy, a nie, jak typowo większość „a taki czarny z brodą”. Zagadał po rosyjsku, przegląda pocztówki, magnesy, pyta o jakieś bzdety jakby pierwszy raz przyjechał z tej swojej Megrelii w góry, patrzy tak dziwnie, w końcu wybrał suwenirów za 35 lari, zapłacił i wreszcie pyta: „Yyyy…. A jak masz na imię? Znajdę Cię na instagramie?” Ma szczęście, że tyle kupił, firma zarobiła, to mu tego insta podałam, a dla mnie będzie jeden obserwujący więcej, dzięęęęęki 😛

Albo jeszcze inna sytuacja. Ta to w ogóle kosmiczna i komiczna była. Siedzę sobie w budce kontemplacyjnej, ludzi mało, przeraźliwie zimno, więc opatulona moją folkową chustą, zarzuconą na ramiona i tak dumam. Weszli jacyś Polacy, kupili magnes pierdołkę, a za nimi stał koleś, uśmiecha się z niedowierzaniem i wielkie oczy robi, jakby… jakby też był Polakiem, ale okazał się jednak Białorusinem. Zdziwił się, jak usłyszał polski, jakoś tak sobie pomyślał, że polski to moje hobby, a sama na pewno pochodzę z jakiejś południowej republiki Rosji, stąd moje nieczyste naleciałości w czystym rosyjskim i tak mu się skojarzyło z jakąś folkową bajką, bo siedzę sobie taka w chustce, z rumieńcami, uśmiechnięta, a takich Rosjanek przecież już gdzieś w Moskwie czy dużym mieście nie ma! Stąd jego zdziwienie. Ha, dobre! Kiedyś już jeden Rosjanin nazwał mnie Calineczką, ale ta wersja to już w ogóle totalnie bajkowa. Magiczny realizm. 😉

_DSC9857.JPG
Owce wychodzą na ulice!

Takie siedzenie i kontemplowanie jest jednak dla mnie niezwykle męczące, poprzednie dwa dni wolnego tuż przed naszymi świętami spędziłam na czytaniu książek i oglądaniu rosyjskich filmów wojennych, potem 4 dni pracy i kolejnych wolnych już nie mogłam spędzić siedząc na miejscu, więc czym prędzej spakowałam manatki i z racji tego, że w górach śniegu po pachy, pojechałam wygrzać się w tbiliskim słońcu. A przy okazji załatwić tysiąc spraw, bo przecież oferta handlowa w Kazbegi dalej nie należy do zbyt bogatych, chociaż z naszym kazbeckim „supermarketem” niewiele więcej już trzeba. 😉  Niewyobrażalnie wprost tego mi było trzeba. Tego oczopląsu i wygrzania się w ciepłym słonku. Te trzy tygodnie w Kazbegi dały mi trochę w kość.

Trasa Kazbegi-Tbilisi już prawie tak, jakbym jechała z Witanowic do Krakowa – tak znajoma, że wiem, kiedy rozłożyć książkę, bo zakręty się skończyły i tak dalej. Jakieś pół godziny po Gudauri rozpoczyna się inny świat – w przenośni i dosłownie, Z krainy śniegu, swym białym blaskiem kłującym w oczy, do krainy kwitnących drzew i szalonej zieloności. Idę sobie swoim długim, raźnym krokiem, rudy włos faluje na wiaterku, a jakiś koleś wrzeszczy za mną:

– Dziewuszka, kuda ty tak spieszysz? Adnoj nie grustno? (gdzie tak pędzisz? Samej nie smutno?)

-Niet! Adnoj atliczna! (nie! Samej jest super!)

Zatrzymałam się u Nino, mojej pani profesor, z którą mieszkałam podczas Erasmusa w Tallinnie. To już 6 lat na jesień będzie, jak się znamy! Co najpiękniejsze – wciąż się spotykamy i zawsze będąc w Tbilisi, mogę liczyć na jej gościnę. U niej tak zawsze cudnie po domowemu, skromnie, ale przytulnie. I jeszcze taki pyszny placek na maconi z dynią Nino zrobiła, że szok! Nic więcej do szczęścia nie było trzeba 😉 Będąc w Tbilisi skoczyłam sobie na wzgórze Mtatsminda, gdzie znajduje się wieża telewizyjna i cały park rozrywki. Tak jakoś jeszcze nigdy wcześniej mnie tam nie zaniosło, tylko oczywiście pokręciłam drogę i wlazłam w jakieś skały i było tak stromo, że niemalże na tyłku zjeżdżałam. Agusia zawsze udana. 😀 Zrobiłam wielkie koło, godzina 19, a ja cały czas w bluzce bez rękawów, ludzie szepczą: a tebe nie cholodna???? – a mi było tak niewyobrażalnie wspaniale, że szłam i cieszyłam się do samej siebie, och i ach. Tak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba!

_DSC9815.JPG
Widok z Mtatsmindy.

 

Chciałam też zobaczyć, jak wygląda David Gareja – po zeszłorocznej majówce to miejsce wiosną tak wryło mi się w banię, że musiałam, koniecznie. I znowu było pięknie. Troszkę inaczej, niż rok temu, bo jeszcze nie było tego bujnego kwitnienia, ale mam kolejną garedżyńską odsłonę tego, jak może wyglądać kosmos. Oczywiście spotkałam swoje koleżanki Agamki, moje stałe modelki. W Dawid Gareji akurat przechodziły protesty – znowu chodzi o teren przygraniczny Gruzji i Azerbejdżanu, nie mogą się dogadać, stąd spora liczba patronujących żołnierzy z kałasznikowami, którzy jakoś nie budzą zaufania. Ale do Agamek musiałam sobie skoczyć!

_DSC0092AA.JPG
Koleżanka Agamka 🙂

Wiosna jest już 50 km za Kazbegi, 20 minut za Gudauri. To całkiem blisko, prawda? Bliziutko, więc jest więc nadzieja. Z każdym dniem, z każdym promieniem słońca będzie tylko lepiej i tylko piękniej. To też kwestia pozytywnego nastawienia i muszę się tego trzymać. Ach, byle już w góry skoczyć…!

PS. Zrobiłam coś szalonego – kupiłam bilety lotnicze na dłuższe czerwcowe wolne w miejsce, o którym marzę już od lat!!! Nie mogę się doczekać – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi w te dni! Bo nie ma to jak odhaczać marzenia jako „zrealizowane”. 😉 Relacje z mojego kolejnego dzikiego wojażu już po 7.06!!! :))))))))))))))))

 

Dzikie wojaże

Kachetia.

Kazbegi. W centrum tego kaukaskiego wszechświata znajduje się drewniana, oszklony kiosk z pamiątkami. To tak zwana przez nas „budka kontemplacyjna”, skąd można nie tylko rozmyślać nad sensem egzystencji, ale i bacznie obserwować życie, toczące się na rynku. Kierowcy zawsze zwalniają, przypatrując się: „a kto dziś w budzie siedzi?”, turyści zagadują o narodowość (bo dlaczego nie wiem, jak mówi się po gruzińsku „do widzenia”?! Wszyscy nie mogą wyjść z podziwu) i takie tam. Kiedy pada deszcz, jak dziś, ludzie pytają: „A co robić w taką pogodę w Kazbegi?” Jak to co – iść do super knajpy i pić wino! Można też popisać, co właśnie czynię.Jestem już miesiąc w Gruzji, ale zupełnie nie czuję upływu czasu. Czuję się, jakbym funkcjonowała w jakiejś innej realności. Przyznam, że kręci mnie taka realność! Góry, dużo ludzi (ciekawych i bardziej ciekawych), byle jeszcze tak nie padało! 😉

Ostatni tydzień w ogóle minął jak z bicza strzelił – w poniedziałek po pracy wyruszyłyśmy z Anią na południe – w stronę cywilizacji 😉 Tbilisi można się zachłysnąć! Tam już lato, a u nas, w górach, ledwo się zielono zaczęło robić! Po trzech tygodniach zjechać na niziny i paradować w krótkim rękawku – to spore wydarzenie! Nawet spacer po mieście o 1 w nocy był dla nas fascynujący – jakbyśmy nagle znalazły w jakiejś orientalnej bajce…

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą...)

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą…)

Noc była ciepła (i krótka), a z samego rana ruszałyśmy już w stronę Kacheti – regionu Gruzji, słynącego głównie z wina. Gruzja jest niezwykle różnorodnym krajem – ma wysokie góry, ciepłe morze, żyzne pola, a nawet stepy i półpustynie z regionu David Gareja – właśnie to one były naszym celem tego dnia.

David Gareja to kompleks monastyrów, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Byłam tam już w lipcu, ale Ewa zasugerowała, że w maju to zupełnie inny świat, więc warto to zobaczyć. Z racji tego, że David Gareja leży na końcu planety i ciężko tam się dostać, ktoś wpadł na świetny pomysł i stworzył Gareja Line – marszrutkę, która codziennie o 11 zbiera ludzi z Tbilisi spod pomniku Puszkina i zabiera nas za 30 lari (w dwie strony) tam, gdzie dociera tylko 4×4. Świetna sprawa!

Majowe David Gareja to naprawdę inna bajka. Tak diametralnie odmienny widok, niż kosmiczne krajobrazy, jakie pamiętam z lipca, że głowa mała! Bujna zieleń, łąki łany, nic, tylko kręcić się w kółko i podziwiać z każdej strony, coś pięknego!

_DSC1638
Kosmiczne pejzaże.

Marszrutka Gareja Line odjeżdża o 16 (do Tbilisi jedzie około 2,5-3 godziny) i po 40 minutach zatrzymuje się w Udabno – wiosce na końcu świata, sztucznym tworze i wymyśle sowieckich inżynierów ( w latach 80-ych przesiedlono tam grupę swańskich górali), jedynej w promieniu wielu, wielu kilometrów. To jest fenomen, że dwójka Polaków (tak, Polacy w Gruzji są chyba najbardziej przedsiębiorczym narodem, oczywiście poza samymi Gruzinami) stworzyła tam hostel i dobrze prosperującą restaurację. To właśnie tam spędziłyśmy naszą drugą noc – chciałyśmy przekonać się, jak wygląda przywitanie dnia pośród kwitnących na żółto stepów.

Naszym kolejnym (prawdę powiedziawszy – głównym) celem było Sighnaghi, by jednak do niego dotrzeć, z Udabno musiałyśmy się dostac do Sagarejo, a stamtąd złapać marszrutkę, jadącą z Tbilisi do Sighnaghi. Skomplikowane, ale do ogarnięcia! 😀 Marszrutka z końca świata (Udabno) ponoć jeździ, ale tak naprawdę nikt nie wie skąd i o której. „Pomiędzy 8 a 9” – usłyszałyśmy. Zapytana inna kobieta pokazała na palcach „4”. HMMM. Oznaczać to może: za 4 godziny, o 4, a może jednak za 4 dni??? By nie stać w miejscu, idziemy i łapiemy stopa pośrodku stepu i na pace ciężarówki (szkoda, że nie był to wielki i burczący ZIŁ lub KAMAZ!) dojeżdżamy do Sagarejo, a stamtąd, w końcu, do Sighnaghi. Przejażdżka stopem na pace to definitywnie największa przygoda tej wycieczki! Byłam niczym piaskownica, ale mega frajda – chcę więcej! 😉

_DSC1838.JPG
Jedziemy autostopem…

Po takiej dziurze jak Udabno w Sighnaghi można się po prostu zakochać – w końcu to „Miasto Miłości”, a Urząd Stanu Cywilnego pracuje tam całodobowo. Jest to serce Kacheti – może nieoficjalnie, bo stolicą regionu jest Telawi, w którym nic nie ma, ale kulturalnie i rozrywkowo na pewno. Lubię taki klimat małych, urokliwych miasteczek. Namiastka Toskanii, w której nigdy nie byłam. Nic, tylko siedzieć na werandzie i sączyć lemoniadę, jeżeli komuś wino wychodzi już bokami 😉

W Sighnaghi miałyśmy listę „Must see” – oczywiście również z myślą o turystach. Udało nam się odnaleźć wszystko, prócz jednego punktu – cmentarza. Wieczorem Gio, nasz gospodarz, obficie polewa winem.

-Gio, my zaraz umrzemy!

-Nie umierajcie, przecież najpierw chciałyście zobaczyć cmentarz!

Wszyscy strasznie się dziwili, dlaczego tak bardzo zależy nam zobaczyć ten cmentarz. Brali nas za turystki – cmentarz jak cmentarz, co tam interesującego i dlaczego tak usilnie go szukamy? A jednak gruzińskie cmentarze są inne niż polskie – tradycją są wielkie portrety na nagrobkach – w ulubionej bluzie, przy samochodzie, na koniu – wszelkie scenki rodzajowe w wersji nagrobkowej. Poza tym, ten w Sighnaghi (w końcu go znalazłyśmy, najśmieszniejsze jest to, że przechodziłyśmy tuz obok uliczki, w którą należy skręcić) jest położony w naprawdę urokliwym miejscu i pięknie stamtąd widać góry Tuszeti – oczywiście o ile pogoda jest sprzyjająca.

Cały kolejny dzień spędziłyśmy na wycieczce objazdowej „Winnym szlakiem” – w końcu Kachetia winem słynie i płynie. Ciekawa sprawa posłuchać i zobaczyć, jaką drogę musi przejść winogrono, by stać się zabutelkowanym winem, gotowym do eksportu na przemysłową skalę. Wrażeń dużo, będzie o czym opowiadać turystom. Czasem czuję się jak jakieś guru, mające dostep do tajemnej wiedzy, o której inni nie mają pojęcia. Morał jest taki – wszystkiego trzeba najpierw spróbować na własnej skórze, by móc opowiadać o tym innym – ot, cała filozofia! 🙂

W piątek trzeba było myśleć o powrocie. Nawet jeżeli ma się samochód, tak czy siak droga w góry prowadzi przez Tbilisi. Dostałyśmy się na dworzec Didube, skąd można złapać transport Kazbegi i szukałyśmy stanowiska, z jakiego odjeżdża, gdy napadła na nas cała chmara taksówkarzy. „No tak, myślą sobie, turystki z wielkimi plecakami, może coś ugram!” Ooo nie wujku, nie ma głupich, z dziesięciokrotnie podbitą ceną!! Rozmowa na kilka głosów:

-A Wy gdzie?

-W Kazbegi!

-Oj, to dawaj na taksi! Wy tam na Kazbek idziecie?

-Nie, na marszrutce! Może w lecie!

-Oj, widać, że Wy ekstrim lubicie, widać!

Nie ustaliłyśmy jednak, niestety, czy extrem to jechać marszrutką, czy wchodzić na Kazbek? Pozostanie tajemnicą, co poeta miał na myśli 😉

Do Kazbegi, na przednim fotelu obok kierowcy czułam, że wracam jak do domu. Byle w góry, już wystarczy mi tej cywilizacji!

PS.Dziękuję za uwagę i gratuluję dotarcia do końca! Czekam na odezw tych, którym się udało! 😀 😀