Dzikie wojaże

10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

To były moje pierwsze święta poza domem. Smutno trochę – niby widzisz i gadasz, ale tego nie poczujesz, za nic w świecie. A jakbym sobie takiego baranka ucieranego wciągnęła… Z rodzeństwem zawsze pożeramy go na trzy i kłócimy się przy stole, kto zje głowę, kto środek, a kto zad. 😀 Ale cóż, jestem tu, gdzie jestem, plusem jest to, że w niedzielę świętujemy po raz kolejny, tym razem Paschę prawosławną, więc poniekąd to podwójne świętowanie.

Już dawno chodził mi po głowie pewien artykuł. Korzystając z wolnych dni i beznadziejnej pogody (bez komentarza na ten temat. W zeszłym roku czuć było wiosnę, a teraz nadal tkwimy w głębokiej zimie) wreszcie udało mi się przelać słowa z głowy na papier. Poczytajcie sobie pełen spostrzeżeń tekst, pod tytułem 10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

_DSC4192BBBBBB

Muszę przyznać, że jeżeli jest na tym świecie coś, w czym można zakochać się od pierwszego wejrzenia, definitywnie może tym być Gruzja. Tak się stało i ze mną – wpadłam, jak śliwka w kompot, od razu po same uszy. Do dziś czasami przeklinam tę chorą miłość. Przecież mogłabym sobie za obiekt westchnień wybrać cudowną Chorwację z palmami i lazurową wodą, lub chociażby, jakbym się bardzo na ten Wschód uparła to jakiś Lwów czy Petersburg i wracać tam z utęsknieniem, chodzić po knajpkach, popijać kawę i zagryzać ciasteczkami, bo ach, jakie oni mają tam słodycze! Ale nie. Jeżdżę do Gruzji.

Przysłowiowe dziesięć argumentów równie dobrze może rozwinąć się w metaforyczną nieskończoność. Gruzja wciąga jak narkotyk, a te są powszechnie złe i szkodliwe. W dodatku całkowicie bezsensowne. (A mimo to ludzie je zażywają, prawda? Coś w tym jednak musi siedzieć głębszego, na mocniejszą rozkminę). Przekonałam się o tym sama, kiedy po raz pierwszy poczułam wilgoć poranka na lotnisku w Kutaisi i konia, pasącego się tuż przed jego budynkiem. Od razu stwierdziłam: coś tu nie gra. Delikatne odchylenie od normalnego obrazu postrzegania świata. Na pytania: „Tęsknisz za Gruzją?” reaguję uniesieniem brwi i ironicznym uśmieszkiem. Tęsknić to ja mogę za karpatką, albo piwem z sokiem w upalne popołudnie. A mimo to wciąż tu wracam i czasem aż za głowę się łapię, dlaczego to robię i po co mi to?

            Jednym z głównych powodów, dla których do Gruzji nie powinno się jechać jest życie według zasady, przepraszam bardzo za to dosłowne i wulgarne zdanie, „miej wyjebane, będzie ci dane”, która jest chyba ich narodowym motto. Jasne, mogę się zgodzić, że czasem to jest fajne, spontaniczności nie mówię nie, ale tylko wtedy, kiedy nie jest głupotą. Nie ma co się starać, napinać, a co najważniejsze planować, bo to i tak się w Gruzji nie uda – po prostu żaden plan nie ma planu bytu. To trochę życie według zasady fatum – żyjesz tak, jak żyjesz, nic nawet nie starając się zmienić, bo i tak los jest z góry przesądzony. Walka z losem? To niczym walka z wiatrakami. Możesz się starać, napinać, prosić i zawodzić, tylko… Po co? Miej wyjebane. Wstawaj po południu, pij wino, hulaj dusza. Na dłuższą metę, lub, co gorsza, współpracę – niewykonalne, po prostu nie da się tak żyć. Żeby oszczędzić sobie nerwów, to naprawdę jest jeden z głównych powodów, dla których Gruzja nie nadaje się dla każdego.

            Idąc za zasadowym ciosem, nie warto też odwiedzać tego kraju ze względu na życie według zasady „przewróciło się, niech leży”. Niektórych to może straszliwie drażnić, a widać to gołym okiem, bo wręcz nie sposób tego przeoczyć. Przy górskich drogach ujrzeć możemy masę różnych dziwnych pamiątek, jak chociażby traktor do odśnieżania, który odmówił posłuszeństwa. I tak stoi już od lat, aż go rdza żre. Stoi i straszy. Jakby nie można było coś z tym zrobić! No ale po co… nie wspomnę nawet o konstrukcjach budowlanych, przyprawiających o palpitację serca inżynierów budownictwa. Ludzie nie dbają o nic – nie ma ogródków przed domem, nie ma kwiatów, sprzątniętych ulic… Są za to wszechobecne śmieci (powoli wygląda to jak jakiś armagedon! Śmieci w rzece, śmieci na ulicach, śmieci przy bazie wspinaczy na Kazbek, śmieci wszędzie!), kurz, pył. Okropne niedbalstwo.

            Powód numer trzy: chaos. Wszechogarniający i wszechmocny. Paraliżujący. Dobrym przykładem są drogi i drogowa dżygitowka. Niby są jakieś zasady ruchu drogowego, ale to tylko teoria. Praktyka całkowicie odbiega od jej wyobrażenia. Tak właściwie, to każdy jedzie jak chce. Wszyscy na siebie trąbią (czasem szybkie „trąb” przetłumaczyć można jako „hej! Usuń się, bo jadę”. Kolejne krótkie „trąb” = „dzięki!”. Długie „trąąąąb” – coś w stylu „spadówa chamie!” Cały słownik trąbnięć można by stworzyć.), tysiące aut (a drogi, o dziwo, tu szerokie), gwar – jeżeli ktoś chciałby zobaczyć i wyobrazić sobie, czym jest chaos, Gruzja jest tego idealnym, naocznym przykładem. Chaos panuje też w innych dziedzinach, jak na przykład gastronomia. Do knajpy przychodzi duża grupa, składamy wspólne zamówienie (czyli jednolite dla wszystkich), ale i tutaj wkrada się nieprzewidywalny chaos, który w stresujących chwilach opanowuje gruzińskie mózgi, paraliżując je skutecznie i wyłączając z działania.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n

            Cztery: życiowe nieogarnięcie. Poniekąd jako kontynuacja przykładu powyżej, czyli restauracji. Kiedy w końcu udało się przygotować to, co zamówili klienci, nastaje chwila (dłuższa chwila) ciszy i znowu ten wzrok ciemnych oczu, jak cielęcia na malowane wrota. Co robić teraz? We mnie zaczyna się już gotować. Przecież trzeba to roznieść! Ludzie głodni, czekają na śniadanie, a ci stoją i nic. Albo jak zaczynają roznosić, to totalnie mylą zamówienia. (Zamówionym było takie samo chaczapuri i sałatka dla wszystkich + kawa/herbata. Więc to z kawą i herbatą okazał się największy problem). Nie wiedzą, zapomniały co dla kogo, więc stoją i nie robią nic. A ja wtedy błyskam piorunami i myślę sobie: ludzie, ogarnijcie się choć minimalnie, tu nie trzeba wiele! Troszeczkę zaangażowania! Może to ja jestem harpagan i narwaniec pierwszej klasy, robienie wszystkiego na JUŻ mam we krwi i rodzinne, no ale tak obiektywnie rzecz ujmując… to są nieogarnięci.

            Mało? Mam kolejny argument – sławetne „nie da się”. No nie da się i już! W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: A nie da się obciąć w programie? Nie, nie da się. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny. Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. Ten naród mnie wykończy.

            Gruzińskie zamieszanie potrafi wyprowadzić z równowagi. Ten robi to, drugi tamto, wygląda, jakby dużo się działo, ale tak naprawdę… nie dzieje się zupełnie nic. Bo gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Stoi sześciu Gruzinów nad wiadrem białej farby. Jeden dolewa mieszalnik, drugi miesza, cała reszta patrzy. Zanim farba uzyska w miarę odpowiedni kolor, mija jakieś 40 minut. A co się okazuje potem?  Ha, zdziwko! Ściany są całkowicie innego koloru, lub, co gorsza, Gruzinów poniosła ich kaukaska fantazja i na ścianach widzimy panterkę. Bo przecież oni wiedza lepiej!

            A wiecie, co jeszcze doprowadza moją krew do wrzenia? Ich wielkie, ciemne, dziecinnie zdziwione oczy, o których już gdzieś wyżej napomknęłam. Faktura? Jaka faktura? Co to faktura? Niemożliwe, że poprzednio coś takiego u nas dostaliście. (Cały czas gapiąc się z tym naiwnym zdziwieniem jak cielę na malowane wrota). My nie wystawiamy faktur. Serio. Jest to tak szczere i naturalne zdziwienie, że niejeden już na te oczyska się nabrał i porządnie naciął. Jeżeli nie chcecie paść ofiarą takiego psychologicznego oszustwa, bo te ich oczy ciemne takie ładne kaukaskie, a jak szczerość z nich płynie, to kategorycznie odradzam wszelakie załatwianie czegokolwiek z Gruzinami i tym bardziej dowodzenie swojej racji! To zawsze kończy się Waszą druzgocącą klęską!

            Jeszcze a’propos dowodzenia swojej racji. Uchowaj Boże tych, którzy zaczynają kłótnię z Gruzinami. Narodową cechą Polaków jest narzekanie, a Gruzinów obrażalstwo. Gruzin ma zawsze rację, bo jest Gruzinem, a jeżeli racji nie ma, patrz punkt pierwszy. Ich narodowa duma nie pozwala na udowodnienie tego, że są w czymkolwiek gorsi, albo że się mylą. No nie przegada, żadnymi argumentami. W pewnym momencie Gruzin po prostu się obrazi, śmiertelnie się obrazi. Po czym, po kilkunastu minutach, z triumfalnym błyskiem w oku zapyta: „No i dlaczego się przestałaś odzywać, obraziłaś się?”

31090124_1837291696321442_918883186_n.jpg

            To już chyba ósmy powód z rzędu, a jaki istotny. Czas! Poczucie czasu w Gruzji nie funkcjonuje. Jest gorzej niż we Włoszech i Hiszpanii razem wziętych. Jeżeli jesteście punktualni jak Niemcy biegnący na biznesowe spotkanie, Gruzja definitywnie doprowadzi Was do rozstroju komórek nerwowych, a może i stanu przedzawałowego – nie polecam! Gruzinów trzeba traktować jak przedszkolaków i na zapas podawać im godzinę stawienia się w pracy gdzieś godzinę wcześniej, niż ta ustalona – przecież to pewne, że i tak się spóźni, więc chociaż się wyrówna… Najgorsze jest to, że można to powtarzać w nieskończoność – nie spóźniaj się, turyści będą zdenerwowani! Nic sobie z tego nie robią i do pracy stawiają się niesamowicie spóźnieni, ale zawsze z tym samym beztroskim uśmiechem, mówiącym: przecież nic się nie stało! Jednakże, by pogłębić stan przedzawałowy mogę ostrzec, że zawsze może być gorzej, gdy zamiast spóźnienia, Gruzin nie pojawia się wcale. I o, tyle.

            Dziewięć – gruziński letarg. To jak zastygły żar, unoszący się w powietrzu podczas upalnego dnia gdzieś w ciasnej ulicy Tbilisi. Niestety jednak rozprzestrzenił się na cały kraj i często w Gruzji możemy przyuważyć grupkę kilku mężczyzn, siedzących na ławeczce przed rozwalającą się chatką, których jedynym zaangażowaniem jest obgryzanie pestek słonecznika i zawody w stylu „kto dalej splunie”. Totalne zawieszenie w czasoprzestrzeni. Niech się dzieje wola nieba, a choćby z nią i trzęsienie ziemi! Faktycznie ma to związek z czasem. Może ich spóźnialstwo to po prostu odwieczne pokłady stoickiego spokoju, który drzemie w ich ciałach i głowach?

            Powód dziesiąty, setny i tysięczny pewnie by się znalazł, gdybym dłużej pomyślała. Już zupełnie przekonana jestem, że po kolejnym sezonie, intensywnie przeżytym na gruzińskiej ziemi, znajdę ich jeszcze całą masę, gdyż Gruzja jest krajem, który nigdy, ale to przenigdy nie przestanie zaskakiwać! Definitywnie Gruzja nie jest dobrym krajem dla każdego, kto planuje swój urlop w jakimś „egzotycznym kraju”. Po co w ogóle się wściekać i walczyć z wiatrakami, myśląc, co ja bym tutaj zmienił i w jaki sposób to przeprowadził? A bo brud, bo jeżdżą jak wariaci, bo drogo i nie dostałam nic za darmo, bo oszukali, bo kurs wymiany jest droższy na prowincji – ileż takich historii przyszło mi się nasłuchać, naprawdę, uwierzcie mi! Dlatego właśnie odradzam. Po co się denerwować, jak nasze nerwy i tak niczego nie są w stanie zmienić?

_DSC3917.JPG

            Ale… jest jedno, malutkie ALE. Gruzja jest absolutnie fascynująca. Mnie zafascynowały głównie góry Kaukazu, do których mityczni bogowie przywiązali Prometeusza za chęć pomocy niesionej ludziom. Gruzję kocha się nie tylko za zalety, jakimi są głównie przyroda i mimo wszystko niezwykle przyjaźni ludzie, ale przede wszystkim pomimo wad. Nikt nie jest idealny, takie twory nie mają prawa bycia. Wiele ludzi planuje swoje wakacje w Gruzji – to też zazwyczaj sprawdza się słabo, bo to, że GPS pokazuje 3 godziny czasu, nie oznacza, że droga będzie przejezdna, że po drodze nie zatrzymamy się na piknik i że nagle z tego pięknego poranka nie zrobi się wieczór. Czasem po prostu jedyne co trzeba, to dać się porwać. A potem tylko już niech się dzieje!

I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dzikie wojaże

Wakacje od życia.

30.06.18

Dziś piękny dzień. Równe dwa lata szczycę się już mianem magistra filologii rosyjskiej, która obecnie, w czasach przebywania w Gruzji, przydaje mi się jak nic innego. Wreszcie, po całych dwóch latach mam tę satysfakcję, że jednak studia do czegoś mi się w życiu przydały 😀 cóż, lepiej późno, niż wcale!

Przy okazji, z racji urodzin, raz jeszcze naj, naj, najlepsze życzenia dla mojej Kochanej Asi, która wiem, że na pewno tego bloga czyta! :*

Jestem już w Gruzji 2,5 miesiąca. Czuję się jak ryba w wodzie i po prostu płynę na fali. Lub z falą, sama nie wiem jak to poprawnie brzmi. Statystycznie 90% ludzi, z którymi rozmawiam w biurze, uważa mnie za Ukrainkę, ostatnio nawet Polak nie chciał mi uwierzyć, że ja naprawdę jestem rodowitą wadowiczanką, że wychodzę zawsze i tylko na pole i jak się zdenerwuję, to mówię: „weźże idźże spadaj na drzewo” czy coś w tym stylu ;)))

Wszędzie trwa sezon wakacyjny. Urlopy, odpoczynek w Batumi, dużo upierdliwych pytań o rajdy konne, czy połączenie drogowe z Roszką, która przecież na mapie wydaje się tak blisko!!! Jednym słowem: wakacje. Nawet w Kazbegi zrobiło się po prostu jakoś CIEPLEJ. Szaleństwo, lato przybyło nawet pod Kazbek! Korzystając z dwóch wolnych dni w tym tygodniu hobbistycznie zrobiłam sobie aklimatyzację i znowu byłam na Meteo. Biorąc pod uwagę częstotliwość moich wypadów – równo co dwa tygodnie, także przez lipiec, będę tak zaaklimatyzowana, że (mam nadzieję) Kazbek nie będzie dla mnie jakimś szaleńczym wyczynem 😀 Bardzo chciałabym się przekonać na własnej skórze, czy naprawdę jestem taki kozak-alpinistyczna kozica, czy to tylko złudzenie sięgające jedynie 4000 m 😀 naprawdę, nie mogę się tego doczekać!

Doszłam do wniosku, że Stacja Meteo jest naprawdę świetnym miejscem, wymaga jedynie drobnej uwagi w pewnych kwestiach. Dobrym pomysłem byłby tam wolontariat typu: umyję wszystkie okna za paczkę wafelków i czekoladę. Kibla sprzątać nie zamierzam za żadne skarby i słodycze świata, ale podstawowe porządki są naprawdę do ogarnięcia i od razu byłoby tam czyściej i świetlej! 😉 Mam jeszcze cztery miesiące na zorganizowanie swojego projektu i wcielenie go do życia! 😀

Ostatnio miałam też super grupę na wycieczkę do Doliny Truso. Czterech Rosjan, a właściwie rdzennych Osetyjczyków, mieszkańców Władykaukazu, którzy przyjechali do Truso w poszukiwaniu swoich osetyjskich korzeni. (*Dolina Truso jest granicą z separatystyczną republiką Południowej Osetii; Władykaukaz to stolica Północnej Osetii). Byłam ich przewodnikiem, ale tak naprawdę to od nich dowiedziałam się więcej na temat historii i kultury, niż ja im zdołałam przekazać. Na koniec obdarowali mnie osetyjskim serem, plackiem i cukierkami, po czym stwierdzili, że naszą wycieczkę trzeba wpisać do Księgi Rekordów Guinessa: „Pierwsza Polka, oprowadzająca czterech Osetyjczyków po osetyjskiej ziemi w Gruzji”. Świetni ludzie, mam nadzieję, że tu jeszcze wrócą i się spotkamy! (Ser i ciasto było prze-pysz-ne!)

Dziś jadę do Tbilisi, a w nocy odbieram swoją kolejną grupę, tym razem 16 Hiszpanów (14 chłopa, 2 kobitki). Trochę mnie pocieszyło, że ich angielski jest very bad. Spoko, mój też nie należy do najlepszych, także już czuję, że się dogadamy! Będę biegać od jednego do drugiego i krzyczeć VIVA ESPANA!!!!!!, bo przecież trwają Mistrzostwa Świata i nie ma komu kibicować. Także jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiona i czuję, że jakoś razem ogarniemy te 14 dni od Tbilisi, poprzez Chewsuretię, aż na ich Kazbek (a moją bazę w Meteo:P).

Znikam więc na dwa tygodnie, odcięta od świata, cywilizacji i ludzkiej toalety. Będzie fajnie! Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z wakacji ile wlezie!!

PS. Agnieszka na Meteo ma się dobrze, rośnie!!!