Dzikie wojaże

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Tam mnie jeszcze nie było!

Wąwóz Khde znałam jedynie z mapy. I ewentualnie ze słyszenia, że to wąwóz w terenie przygranicznym, potrzeba tam mieć pozwolenie i ogólnie nie da się. Tak, „nie da się”, jak to bywa w Gruzji. Jednak chcieć znaczy móc i wreszcie miałam okazję przekonać się na własne oczy! Przepustkę załatwia się na granicy gruzińsko-rosyjskiej, trwa to chwilę i jest bezproblemowe, trekking przyjemny, a widoki – miażdżą. A pomyśleć, że dopiero wczesna wiosna, ledwie pierwsze jej tchnienie – jak tam pięknie będzie, kiedy zrobi się zielono! Wąwóz wciśnięty pomiędzy „Wrota Kaukazu” – wokół same skały – robi wrażenie. Płaska jak deska dolina Truso po prostu wymięka! 😛 A tak w ogóle to takie wolne to ja definitywnie lubię. Złoić kawał drogi (ponad 15 km), umęczyć się – przez co po prostu odpocząć psychicznie. Teraz to niech sobie pada cały tydzień, na tyle gdzieś wystarczy poziomu naładowania moich baterii – czyli do kolejnego wolnego 😉

59022801_2097220113666814_884976362073358336_n.jpg
Wrota Kaukazu. 

Po drodze spotkały nas wszystkie cztery pory roku: lało jak z cebra, urywało głowę, świeciło słońce, zawiewało śniegiem, a na sam koniec przyszedł taki upał, że moje okulary przeciwsłoneczne jednak okazały się bardzo przydatne. (ja zawsze jestem zdania, że lepiej mieć. Optymistka z urodzenia – nawet jak leje, wierzę, że może wyjść w końcu słońce. 😀 )

59895112_2291739001043142_5709359005063708672_n.jpg

Lubię poznawać nowe miejsca, w których jeszcze nie byłam. Okazuje się, że nawet w Gruzji, w której tyle czasu już spędziłam, jest ich jeszcze bardzo dużo. Wąwóz Khde definitywnie będzie jednym z moich ulubionych kierunków. Tym bardziej, że można nim przejść do mojego ulubionego miejsca w okolicach Kazbegi – Juty. To brzmi jak wyzwanie! 😀 Niech no się zrobi cieplej i choć troszeczkę się zazieleni! Wczesna wiosna w Khde jest ledwie namiastką tego, jak to miejsce będzie wyglądać w rozkwicie… Nie pozostaje nic innego, jak wziąć namiocik, obiektyw szerokokątny i ruszyć w drogę! Przyjdzie na to pora.

59450106_329851294343306_2075035619960029184_n.jpg

Długo trzyma zima w tym roku, a ostatnie opady śniegu jeszcze bardziej utwierdziły jej panowanie w regionie. Cóż zrobić – taki mamy klimat – już się w sumie z tym pogodziłam i ze stoickim spokojem i okularami przeciwsłonecznymi w plecaku „na wszelki wypadek” będę wyczekiwać wiosny! 😀

PS. Nie wiem, czy miałam o czymś jeszcze napisać, nie chce mi się iść do pokoju i zerkać w notatki. Najwyżej będzie więcej tematów na kolejny raz, a z racji tego, że miałam nowe zdjęcia, po prostu chciałam się podzielić nimi na świeżo :)))

 

Dzikie wojaże

Wzdycham do wiosny.

Praktycznie koniec kwietnia, a Kazbegi dalej tkwi głęboko w czarnej d…, to znaczy, przepraszam – w bialutkiej zimie. W zeszłym roku kwiecień był piękny, a teraz jakoś nie może się wykluć ta wiosna. W Polsce +20*C, bzy, tulipany, zawrót głowy… Cóż. Ja mam swoje zawroty głowy, a na wiosenne westchnięcia przyjdzie pora gdzieś w połowie czerwca zapewne. Kiedy sezon nabierze rumieńców. 😉 w każdym razie definitywnie jestem dzieckiem kwiatów i złotego światła, zgłaszam głęboki sprzeciw, żeby zima trwała pół roku! Tak nie może być!

Sezon póki co powoli się dopiero rozkręca, bardzo powoli. Już jednak kilka ewenementów wyjrzało. Moje przygody z klientami nie są może tak spektakularne (omijają mnie NA SZCZĘŚCIE pytania, co można tu w aptece kupić na hemoroidy, lub czy autem da się wjechać na Kazbek), ale zdarzają się jednak specyficzne ciekawostki, jak chociażby z zeszłego sezonu:

-Czy skoro kilki trekkingowe kosztują 10 lari, jak wezmę 1, to zapłacę 5 lari?

Ech, bywajet takoje. (Znowu się przestawiłam na rosyjski, miewam problemy z ojczystym językiem, więc wybaczcie mi nieskładną składnię i wszelakie rusycyzmy, to zupełnie nieświadomie!).

W zeszłym tygodniu leje jak z cebra, a tu do biura wchodzi jakiś Gruzin. Pomyślałam, że to na pewno Megrel, bo był rudy, a nie, jak typowo większość „a taki czarny z brodą”. Zagadał po rosyjsku, przegląda pocztówki, magnesy, pyta o jakieś bzdety jakby pierwszy raz przyjechał z tej swojej Megrelii w góry, patrzy tak dziwnie, w końcu wybrał suwenirów za 35 lari, zapłacił i wreszcie pyta: „Yyyy…. A jak masz na imię? Znajdę Cię na instagramie?” Ma szczęście, że tyle kupił, firma zarobiła, to mu tego insta podałam, a dla mnie będzie jeden obserwujący więcej, dzięęęęęki 😛

Albo jeszcze inna sytuacja. Ta to w ogóle kosmiczna i komiczna była. Siedzę sobie w budce kontemplacyjnej, ludzi mało, przeraźliwie zimno, więc opatulona moją folkową chustą, zarzuconą na ramiona i tak dumam. Weszli jacyś Polacy, kupili magnes pierdołkę, a za nimi stał koleś, uśmiecha się z niedowierzaniem i wielkie oczy robi, jakby… jakby też był Polakiem, ale okazał się jednak Białorusinem. Zdziwił się, jak usłyszał polski, jakoś tak sobie pomyślał, że polski to moje hobby, a sama na pewno pochodzę z jakiejś południowej republiki Rosji, stąd moje nieczyste naleciałości w czystym rosyjskim i tak mu się skojarzyło z jakąś folkową bajką, bo siedzę sobie taka w chustce, z rumieńcami, uśmiechnięta, a takich Rosjanek przecież już gdzieś w Moskwie czy dużym mieście nie ma! Stąd jego zdziwienie. Ha, dobre! Kiedyś już jeden Rosjanin nazwał mnie Calineczką, ale ta wersja to już w ogóle totalnie bajkowa. Magiczny realizm. 😉

_DSC9857.JPG
Owce wychodzą na ulice!

Takie siedzenie i kontemplowanie jest jednak dla mnie niezwykle męczące, poprzednie dwa dni wolnego tuż przed naszymi świętami spędziłam na czytaniu książek i oglądaniu rosyjskich filmów wojennych, potem 4 dni pracy i kolejnych wolnych już nie mogłam spędzić siedząc na miejscu, więc czym prędzej spakowałam manatki i z racji tego, że w górach śniegu po pachy, pojechałam wygrzać się w tbiliskim słońcu. A przy okazji załatwić tysiąc spraw, bo przecież oferta handlowa w Kazbegi dalej nie należy do zbyt bogatych, chociaż z naszym kazbeckim „supermarketem” niewiele więcej już trzeba. 😉  Niewyobrażalnie wprost tego mi było trzeba. Tego oczopląsu i wygrzania się w ciepłym słonku. Te trzy tygodnie w Kazbegi dały mi trochę w kość.

Trasa Kazbegi-Tbilisi już prawie tak, jakbym jechała z Witanowic do Krakowa – tak znajoma, że wiem, kiedy rozłożyć książkę, bo zakręty się skończyły i tak dalej. Jakieś pół godziny po Gudauri rozpoczyna się inny świat – w przenośni i dosłownie, Z krainy śniegu, swym białym blaskiem kłującym w oczy, do krainy kwitnących drzew i szalonej zieloności. Idę sobie swoim długim, raźnym krokiem, rudy włos faluje na wiaterku, a jakiś koleś wrzeszczy za mną:

– Dziewuszka, kuda ty tak spieszysz? Adnoj nie grustno? (gdzie tak pędzisz? Samej nie smutno?)

-Niet! Adnoj atliczna! (nie! Samej jest super!)

Zatrzymałam się u Nino, mojej pani profesor, z którą mieszkałam podczas Erasmusa w Tallinnie. To już 6 lat na jesień będzie, jak się znamy! Co najpiękniejsze – wciąż się spotykamy i zawsze będąc w Tbilisi, mogę liczyć na jej gościnę. U niej tak zawsze cudnie po domowemu, skromnie, ale przytulnie. I jeszcze taki pyszny placek na maconi z dynią Nino zrobiła, że szok! Nic więcej do szczęścia nie było trzeba 😉 Będąc w Tbilisi skoczyłam sobie na wzgórze Mtatsminda, gdzie znajduje się wieża telewizyjna i cały park rozrywki. Tak jakoś jeszcze nigdy wcześniej mnie tam nie zaniosło, tylko oczywiście pokręciłam drogę i wlazłam w jakieś skały i było tak stromo, że niemalże na tyłku zjeżdżałam. Agusia zawsze udana. 😀 Zrobiłam wielkie koło, godzina 19, a ja cały czas w bluzce bez rękawów, ludzie szepczą: a tebe nie cholodna???? – a mi było tak niewyobrażalnie wspaniale, że szłam i cieszyłam się do samej siebie, och i ach. Tak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba!

_DSC9815.JPG
Widok z Mtatsmindy.

 

Chciałam też zobaczyć, jak wygląda David Gareja – po zeszłorocznej majówce to miejsce wiosną tak wryło mi się w banię, że musiałam, koniecznie. I znowu było pięknie. Troszkę inaczej, niż rok temu, bo jeszcze nie było tego bujnego kwitnienia, ale mam kolejną garedżyńską odsłonę tego, jak może wyglądać kosmos. Oczywiście spotkałam swoje koleżanki Agamki, moje stałe modelki. W Dawid Gareji akurat przechodziły protesty – znowu chodzi o teren przygraniczny Gruzji i Azerbejdżanu, nie mogą się dogadać, stąd spora liczba patronujących żołnierzy z kałasznikowami, którzy jakoś nie budzą zaufania. Ale do Agamek musiałam sobie skoczyć!

_DSC0092AA.JPG
Koleżanka Agamka 🙂

Wiosna jest już 50 km za Kazbegi, 20 minut za Gudauri. To całkiem blisko, prawda? Bliziutko, więc jest więc nadzieja. Z każdym dniem, z każdym promieniem słońca będzie tylko lepiej i tylko piękniej. To też kwestia pozytywnego nastawienia i muszę się tego trzymać. Ach, byle już w góry skoczyć…!

PS. Zrobiłam coś szalonego – kupiłam bilety lotnicze na dłuższe czerwcowe wolne w miejsce, o którym marzę już od lat!!! Nie mogę się doczekać – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi w te dni! Bo nie ma to jak odhaczać marzenia jako „zrealizowane”. 😉 Relacje z mojego kolejnego dzikiego wojażu już po 7.06!!! :))))))))))))))))

 

Dzikie wojaże

Notka na chilloucie.

28.05.

Za równe 5 miesięcy obudzę się w domu, w swoich ukochanych Witanowicach. Mój kocur strzeli focha i nie będzie na mnie spoglądał przez dwa tygodnie, a ja rozpocznę ucztę kulinarną, trwającą miesiąc i przytyję 5 kilogramów. Ale to za 5 miesięcy, póki co cieszę się Gruzją 😉 Mam jeszcze bardzo dużo czasu, wykorzystuję go więc jak tylko mogę. Kocham Gruzję za jedną naczelną rzecz (Kaukaz jest ponad wszystkim, więc się nie wlicza do tego rankingu:) – spontaniczność i ogólną zasadę „niet prabliema!” .

Koleś widzi, jak głaszczę konia. „Chcesz? Wsiadaj!” Nie zdążyłam w sumie nawet tej propozycji przemyśleć, tylko po prostu wsiadłam. Jak i oni, tak i ja! Co się będę wstydzić i ograniczać! Pojeździłam sobie na koniku, trochę wierzgał, ale jak na pierwszy raz poszło mi całkiem nieźle 😀 Dopiero potem sobie uświadomiłam: a jakbym spadła i sobie łeb rozwaliła? To bym dopiero miała swoją spontaniczność!

Sytuacja numer dwa: jadę z grupą Rosjanek do Juty. Skręcamy z głównej drogi, a Chabuka, nasz kierowca pyta: „Masz prawo jazdy?” Mam, ale nie przy sobie. „Niet prabliema, dawaj!” Ale ja się boje! „Nie bojsja, dawaj!” , po czym zamieniłam się miejscami z pasażera na kierowcę. Dodam, że nigdy w życiu nie prowadziłam takiego auta: coś w stylu minibusa, w dodatku automat z kierownicą po prawej stronie, ale oczywiście znowu moje działania wyprzedziły myśli. „Ty chyba lubisz szybko jeździć!” YYYYYY, jadę normalnie? Przejechałam tak po gruzińskich wertepach chyba z 10 km i powiem jedno: CHCĘ WIĘCEJ! 😀 Aga za kierownicą Mitsubishi Delika, jak sobie to przypomnę, to aż się uśmiecham na samą myśl!

Pewnie wszyscy Gruzini już huczą, że jakaś ruda wariatka odwala dziwne rzeczy w Kazbegi, które z reguły są zarezerwowane tylko dla mężczyzn 😉 Jeszcze mam obiecane wspinanie na skałkach i narty (to chyba musiałabym wpaść tu zimą) – no i oczywiście jeszcze więcej koni i jeszcze więcej za kierownicą! 😀 Ech, czyste szaleństwo. Jak ja to uwielbiam….

_DSC4026fffffffff.jpg
Polowanie na światło.

6.06

Pędzi ten czas jak szalony. Już jest czerwiec, za niedługo miną dwa miesiące odkąd jestem w Gruzji, a ja naprawdę, ale to naprawdę tego nie odczuwam. Pytam kogoś, jak tam leci: „No, nic nowego, wszystko dobrze”. A u mnie tyle rzeczy się dzieje, że czasem ciężko za nimi nadążyć. Ciągle ktoś przychodzi, o coś pyta, coś trzeba pomóc, załatwić, pamiętać o turystach zostawionych na pastwę losu na 8 godzin w Truso wśród stad dzikich baranów i psów pasterskich – nie ma czasu ani na tęsknotę, ani tym bardziej na nudę. To mi się właśnie podoba! 😀

Nabieram właśnie energii przed przyjazdem grupy, którą będę dowodzić przez pełne siedem dni. 24/24. Czytam mądre książki, dzięki którym (mam nadzieję), będę jak chodząca i trajkotająca encyklopedia, którym nie da się zagiąć żadnym pytaniem! :D Chociaż ostatnio miałam zagwozdkę: „Jak będzie naparstek po rosyjsku? Moja siostra zbiera naparstki i nie mogę nikomu wytłumaczyć, o co mi chodzi!” Hm, ja też nie mam fioletowego pojęcia, prawdę mówiąc. Zagięła mnie 😉

Energii nabierałam też ostatnio w Tbilisi, choć prawdę mówiąc jestem jak szybko-ładująca się bateria i wiele mi zazwyczaj nie potrzeba. 😉 Spotkałam się z moją znajomą panią profesor, Nino, z którą przez trzy miesiące dzieliłam kuchnię w akademiku w Tallinnie.  Nino ugościła mnie w swoim domu w iście gruzińskim stylu. Po sytej kolacji ona kończyła swoją pracę przy komputerze, a ja siedziałam na balkonie (w krótkim rękawku!!! To cudowne ciepło!) i popijałam herbatę z konfiturą. Totalny chillout, chwilo trwaj wiecznie. I sobie tak siedziałam, i myślałam o tym, jak jest pięknie i że są takie momenty w życiu, że człowiek czuje, że już nic więcej nie musi, bo jest dobrze właśnie tak, jak w tym momencie. Następnego dnia krążyłam po Tbilisi zupełnie sama, bez żadnego pośpiechu (jednocześnie idąc jak szalona, bo przecież kocham szybkie tempo), bez celu, po prostu czerpiąc czystą przyjemność z tego, że idę przed siebie, świeci słońce i mogę mieć rozpuszczone włosy, bo w Kazbegi zaraz wiatr by mi je splątał. 😉 Czasem potrzebne są takie krótkie resety i poczucie harmonii z resztą wszechświata. Po czymś takim miło się wraca w góry, ot co.

A’propos. Oczywiście nie mogłam dziś spać nad ranem, nie myśląc więc zbyt wiele, zerwałam się z łóżka i poszłam w góry. O 5:40. Dobrego miałam nosa!! Teraz przynajmniej wiem, żeby zobaczyć Kazbek w świetle wschodzącego słońca muszę wyjść co najmniej godzinę wcześniej >.< 😀 Wiem jeszcze (och, ja to zawsze wiem, a i tak robię swoje, to takie czasem okropnie przewidywalne! :P), że naprawdę trzeba zjeść wcześniej śniadanie, albo chociaż spakować paczkę wafelków na drogę! Bo dziś pewnie poszłabym dalej, taka pogoda śliczna, gdyby nie stado burczących pszczół w moim brzuchu 😉 Gdy ja już wracałam, to ludzie ledwo wychodzili na szlak! Wszyscy patrzyli na mnie jak na jakiegoś wariata. Jedna dziewczyna nawet zapytała: „Wracasz z Meteostancji?” Czyli to po prostu widać, że jestem górskim świrem. Definitywnie muszę wychodzić więc jeszcze wcześniej! 😀

Takiego właśnie wyjścia w góry mi brakowało. Szybkie rach-ciach, ładne światło, kilka strzałów i już człowiek w skowronkach na cały dzień. Ledwo wróciłam, zjadłam, wypiłam kawę, na szybko przejrzałam zdjęcia i już planuję, gdzie by tu skoczyć na zachód słońca! 😉 Mam nadzieję, że pogoda nie ulegnie zmianie – trzymajcie kciuki!

_DSC4192BBBBBB.jpg
Owieczki na szlaku, w tle Cminda Sameba.

W planach na najbliższe dni bardzo napięty grafik – grupa, a potem… Nie zdradzę Wam jeszcze kolejnego celu moich dzikich wojaży, ale gwarantuję, że będzie bardzo dziko! W dodatku jadę sama, więc nikt nie będzie mi powtarzał: „Ale Aga, zwolnij trochę, już nie mogę!” Sama padnę 😉

Widzimy się po 20.06!!! 😀 😀 😀

Dzikie wojaże

Lepsze od gór…

Pisane w piątek, 25.05.18

Lubię wolne dni w środku tygodnia. I wolny przepływ myśli z rana też lubię. Wczoraj miałam dzień wyprawowy, dziś wyciągam nogi, przeglądam zdjęcia, popijam kawę i czuję się bardzo usatysfakcjonowana i wypoczęta. Jestem takim dziwnym stworzeniem, które odpoczywa, męcząc się. Ale to tak porządnie, do (yyyyyyyy, ciśnie mi się brzydkie słowo, określające ten stan, szukam synonimu i nie mogę znaleźć! 😀 ) utraty tchu i sił! 😉 Obeszłam małą metaforą i obyło się bez zbędnej ekspresji. 😉

W okolicach Kazbegi robi się coraz bardziej zielono. Jak mnie to niesamowicie cieszy, aż żyć się chce! Wszystkie niesnaski i pretensje turystów (sezon zaczyna nabierać kolorów! :P) można puścić płazem, ponieważ mam pewność, że za trzy dni skoczę sobie w góry, wiatr wywieje mi z głowy wszystkie złe myśli, przy okazji adrenalinka naładuje mi akumulatory i znowu będę radosna i pełna energii do działania 😀

_DSC3506.JPG
Zielone Kazbegi i wstydliwy osiołek.

Mam jedną myśl o pracy w turystyce, jaką muszę się z Wami podzielić. Jakim paradoksem jest, że jednego dnia dostaję od trzech chłopaków czekoladę za radę i bycie miłą, a drugiego sypie się na mnie grad piorunów od sfrustrowanej Meksykanki. Większość ludzi, która do nas przychodzi, jest naprawdę miła – w końcu są na wakacjach, po co więc denerwować i siebie, i innych? Lepiej to olać i cieszyć się tym, że nie pada deszcz. Niestety, nie wszyscy tak myślą i dla niektórych do rangi sportu urasta zmieszać kogoś z kupą krowy na ulicy. Cóż, są krzesła i parapety, a ja od dziecka lepiej dogadywałam się ze zwierzętami. 😛 Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi gorzkimi pierdołami, lepiej iść w góry i zjeść wafelka, co właśnie zrobiłam wczoraj. 😉

Pogoda z rana nie nastrajała do wielkich wypraw, ale mimo wszystko wzięłam plecak, Nikusia, kurtkę i paczkę wafelków i ruszyłam przed siebie. Byle dalej, byle wyżej, byle odpowiednio się zmęczyć 😀 Zrobiłam sobie wycieczkę w stronę Kuro. Ten monumentalny masyw o wysokości maksymalnej ponad 4000 m robi zawsze piorunujące wrażenie. Groźny, z ostrymi ścianami i sypiącymi się ze zboczy kamieniami, kusi swoim rozmachem. Żeby wejść na Kuro, trzeba obejść całą grań i atakować od drugiej strony. Do zrobienia, nie powiem, biorąc pod uwagę to, że wczoraj, tak po prostu, byłam chyba niemalże w połowie drogi 😉 Cały sezon przede mną! Od górki do górki, po skałkach i kamieniach i tak sobie wędrowałam po grani. Ciągle było: o, to jeszcze ta jedna wyżej. Nie, tam też wejdę! Jeszcze ta, tam też jest prosto! Po czym nawet nie zorientowałam się jak daleko i wysoko już zaszłam. Jak zwykle gorzej jest z zejściem, w pewnych momentach wyzywałam siebie od narwanych wariatów, dla których nie ma przeszkód, ale jakoś dałam radę i przez to dziś cudownie się czuję! 😉 A jakie plenery odkryłam!!!! I całe zbocza, porośnięte rododendronami. Zobaczyć kwitnące kaukaskie rododendrony , to był jeden z największych fetyszów mojej wyprawy na Kaukaz, taki must see! Sezon na ich kwitnienie powolutku się rozpoczyna, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie i będą kwitły całe zbocza, a ja pójdę tam o złotej godzinie i to będzie PE-TAR-DA! 😀 nie mogę się doczekać 😀

_DSC3183.JPG
Kaukaskie rododendrony.

W Kazbegi coraz więcej ludzi. Sezon nabiera tempa. 😛 Fascynująca jest jedna sprawa – codziennie przemieszczamy się do centrum, idąc do pracy. Widzą nas i nie uwierzę, że nie rozpoznają – jednak trochę różnimy się od Gruzinek, chociażby ubiorem: ich jest zawsze czarny, a nasz kolorowy. Z resztą – ich kobiety nie chodzą po ulicach. Chodzą jedynie turystki, którymi też nie jesteśmy! To już ponad miesiąc, a i tak każdego dnia słyszymy: WY KUDA? W TBILISI? TAKSI NIE NADA?! Co ciekawe, obrotny taksówkarz nie zapyta Cię prosto w twarz, o nie. On odezwie się dopiero wtedy, jak przejdziesz. Co najmniej jakby chciał zobaczyć plecak lub ocenić tyłek 😀 Kiedyś szłam sama i jak co dzień było:

-Taksi nie nada?                                 

-Niet, spasiba!

-BIESPLATNA!!!!

Nie wiem, co byś ty chłopie ugrał na bezpłatnej taksówce dla mnie, ok, więc po raz kolejny grzecznie podziękowałam i zamiast do Tbilisi taksówką za darmo skierowałam się prosto do pracy. 😉 Albo jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wracamy do domu, a z samochodu po rosyjsku odzywa się kazbecki dżygit: „Cześć, co słychać?” My nic, idziemy. On bierze, podjeżdża bliżej, zajeżdżając nam niemalże drogę. „Cześć, co słychać?” – szczerzy zęby. Odzywa się Ania:

– Ale dlaczego chcesz z nami rozmawiać i siedzisz w aucie?

-A dlaczego mam wychodzić?

-Bo to dziwne?

Tak, Gruzini mają dziwne zwyczaje, związane zwłaszcza z samochodami. Oni jeżdżą nimi nawet do sklepu, który jest oddalony od domu o 50 metrów, serio. 1,5 kilometra to dystans nie do przejścia, w góry chodzą wariaci, im wystarczy, że dojadą, gdzie dojadą – przecież dla dżygita nie ma dróg nie do przebycia! Zesraj się, a nie daj się, hej! 😀 😀 😀 Kiedyś prawdziwi dżygici mieli prawdziwe konie, teraz mają mechaniczne 😉 Same przeboje są z nimi, co tu dużo mówić!

Jest znane rosyjskie powiedzenie, że „lepsze od gór mogą być tylko góry”, jednak ostatnio Elena,  którą miałam przyjemność poznać, rodowita moskwiczka powiedziała mi: „Aga, zapamiętaj to sobie. LEPSI OD GÓR MOGĄ BYĆ TYLKO GÓRALE!” Wot i wsjo, spasiba za wnimanije! 😀 😀 😀

PS. Tak jak obiecałam ostatnio – jest bardziej zielono na zdjęciach! 🙂

Dzikie wojaże

Sezon burz.

Ostatnie dni wyglądają następująco: z samego rana piękna pogoda! Zastanawiam się, czy w ogóle brać ze sobą kurtkę. Po południu: oberwanie chmury. Dziękuję opatrzności, że jednak tą kurtkę zabrałam. Dzień w dzień. Morał jest jeden: trzeba wstawać wcześnie rano i cieszyć oczy słońcem : )

Oczy cieszy jeszcze jeden fakt: robi się coraz bardziej zielono. Porośnięte zieloniutką trawą zbocza gór wyglądają naprawdę oszałamiająco i w dodatku są diabelnie fotogeniczne! Najwyższa w końcu pora, by wiosna dotarła i na nasz kazbecki koniec świata :))

Sezon burz.
Sezon burz.

A’propos wczesnego wstawania: mój proces całkowitej aklimatyzacji w Kazbegi prawdopodobnie dobiegł końca, bo budzę się już według normalnego, odwiecznego zegarka: przed 6 rano. Nie ważne, czy kładę się spać o 23, czy o 1, otwieram oczy, a tu 5:48. Już naprawdę czuję się tak, jakbym była w domu, to takie normalne dla mnie  😉

Wspominałam już, jak szybko płynie tutaj czas? Ani się obejrzę, a zaraz już czerwiec będzie. Czuję się jak w jakiejś innej realności, całkowicie poza przestrzenią. Czy to góry, czy to ludzie tak na to wpływa – ciężko powiedzieć. Pewnie wszystkiego po trochu.

_DSC2323.JPG
Coraz bardziej zielono.

W ostatnim tygodniu miałam okazję wyrwać się w góry (oczywiście miałam szczęście – było ładnie, zdążyłam wrócić tuż przed kolejną burzą), a przy okazji zrobić krótki fotoreportaż (ehe, ja i „krótki fotoreportaż” 😛 !!! 500 zdjęć.) dwóm grupom, wychodzącym na Kazbek: skiturowym Słowakom i „zwykłym” Anglikom – czyli wchodzącym na nogach, a nie na nartach. Odprowadzałam ich aż do Saberdze (3000 m, tam, gdzie byłam ostatnio i tam, gdzie będę się umawiać na randki z dżygitami :D), przy okazji robiąc zdjęcia i będąc rudą atrakcją sezonu, skaczącą po górkach jak kozica. Słowacy mieli różne pomysły: chcieli mnie wziąć ze sobą, pakując do plecaka, oferowali zamianę miejsc: ja idę na Kazbek, oni za mnie do pracy, a na koniec gruziński przewodnik zapytał:

Jeździsz na nartach? Nie? Szkoda. Wzięłabyś ich poprowadziła na Kazbek zamiast mnie, mi się spać chce. Po kilku minutach dodał jeszcze: Oni są szaleni, mi by się tak nie chciało.

Cóż. Już to zauważyłam, że ludzie, chcący wejść na Kazbek, do formy „normalności” nie do końca się wpisują. W sumie każdy górski wariat tak chyba ma. Daleko szukać nie trzeba, widzę to po sobie każdego dnia 😀 Na samym początku nie mogłam się wczuć w rolę fotoreportera, ale potem się rozkręciłam i było tylko lepiej! Czekam na kolejną grupę, którą będę mogła odprowadzić 😉 taką pracę to ja lubię, co tu dużo mówić!

_DSC2561f.jpg
Po śladach.

W sumie to ludzie są jednak bardzo dziwnym gatunkiem. Nie przestaną mnie zadziwiać – nigdy-przenigdy! Do mojej KSIĘGI ABSURDÓW ostatnio dołączyło pytanie: „Skoro para kijków trekingowych kosztuje 10 lari, to jak wezmę jeden kijek, to zapłacę 5?” (absolutny hit minionego tygodnia!). Poza tym powinnam być chodzącą encyklopedią i wiedzieć, co na jakiej wysokości się znajduje i jaka jest amplituda przewyższeń między kościółkiem Cminda Sameba i Sabertse, o kilometrach nie wspominając! Myślałam, że zdając maturę z matematyki porzucam ją na wieki wieków, a tu teraz się okazuje, że zmuszona jestem wyliczać jakieś śmieszne amplitudy, jakby sobie sami nie byli w stanie odjąć 3000-2200 😀

Poza tym ludzie i ich idiotyczne pytania mogą czasem obrzydnąć, czasem więc konieczne jest ratowanie się ucieczką – byle dalej i byle wyżej.

Czekam więc na sprzyjające warunki pogodowe, czekam aż zakwitną całe połacie kaukaskich rododendronów, mój ogrodniczy fetysz w dzikości, marzy mi się wtedy wschód słońca gdzieś w okolicach mojej magicznej „trójki” i to poczucie wolności, że nic więcej do osiągnięcia szczęścia w danym momencie nie jest już potrzebne. A! Jeszcze jedna rzecz mi się marzy – jakaś kozica, chociaż jedna, bo strasznie, ale to strasznie brakuje mi saren i wystrzału adrenaliny, gdy naciskam spust migawki… Prócz tych cichych pragnień, wyciągniętych gdzieś z otchłani, to jest absolutnie wspaniale i nie ma na co narzekać! 😉 W kolejnym poście zrobi się już bardziej zielono, mogę Wam to obiecać! 🙂