Dzikie wojaże

Nie wychodź dziś z pokoju…

Nosi mnie. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu. Idzie trzeci tydzień kwarantanny, a ja jak bączek obijam się o cztery ściany.

Czuję się trochę, jakbym się przeniosła w czasie, kiedy wszyscy są w domu, jak w wakacje kilka lat temu: szum, gwar, jak w ulu.

Gotuję jak najęta, placki piekłabym najlepiej co dwa dni. Robię pesto z czosnku niedźwiedziego – polecam! Przesadzałabym już zeszłoroczne krzewy , ale nocą jeszcze mrozy zapowiadają, więc wolę się wstrzymać – przecież i tak JEST CZAS. Wręcz czasu a czasu. Pomalowałam sobie biurko na różowo. Czytam jak najęta, już dwudziestą książkę od początku roku, każda ponad 300 stron. W ramach odmiany oglądam też playery, netflixy i takie tam. Śpiewam pod nosem „Bella ciao”, na zmianę z moimi rosyjskimi szlagierami i czekam na czwarty sezon „Domu z papieru”. Poza tym chciałabym się skupić nad angielskim, ale brakuje mi weny na samo-nauczanie, planuję wrócić do wyszywania, ale tu też potrzebne jest natchnienie i cóż zrobię.

Troszkę mnie przeraża obecna sytuacja. Nie chodzi o to, że mi źle w domu, bo tak nie jest. Bardziej o ogólną sytuację, w jakiej wszyscy się znaleźliśmy. Chcąc nie chcąc, nie mając na to żadnego wpływu (a ja jednak lubię mieć wpływ na rzeczywistość). Najgorsze jest chyba jednak to, dla takiego łazęgi jak ja, że nie mogę nigdzie wyjechać. Planowałam wyjazd do Lwowa, pod znakiem zapytania cały czas stoi moja Gruzja, nawet w Tatry nie pojadę, bo szlaki są zamknięte –  n i g d z i e ! To jest właśnie przerażające. Ograniczenie. Zawieszenie we fruwającej przestrzeni, gdzieś pośród nicości. Tak, wiem, rozumiem: Lwów poczeka, góry też nigdzie się nie wybierają… To rozum wie. Ale serce i tak ciągnie i nic na to nie poradzę.

Teraz dopiero widać, jak mamy dobrze. I dopiero jak człowiek na chwilę to traci, wtedy docenia. Na początku marca Siostra wróciła z miasta i mówi, że w rossmanie nie ma mydła antybakteryjnego – wyśmiałam ją i nie uwierzyłam. By się przekonać, puste półki musiałam zobaczyć na własne oczy. (Tak czuli się ludzie w PRL-u, ja tych czasów nie pamiętam, więc był to dla mnie lekki szok, a co dopiero dla dzieci, urodzonych już w nowym wieku 😀 ). Teraz chciałoby się wyjść na miasto, połazić po sklepach, spotkać się całą zgrają, wypić piwo… A jak to jest dostępne na co dzień, na wyciągnięcie ręki, to ciężko się zebrać.

Trzeba w tym wszystkim znajdować jakieś plusy. 

W sumie to cieszę się, że nie muszę się już uczyć. E-learning jest do bani. Kłócę się z Bratem na temat bezsensu i bezcelowości nauki studiów filologicznych online. Ja bym się nic nie nauczyła, serio. Nie sztuką jest „zrobić referat” z internetem, „napisać streszczenie”, czy „rozwiązać 100 przykładów”. Jestem konserwatystą, więc naprawdę święty spokój dla mnie i dla moich nauczycieli, że nie musimy się ze sobą i z tą nauką męczyć. 😀

Przypomniałam sobie wiersz Josifa Brodskiego, który dawno temu słuchaliśmy na zajęciach dodatkowych z poezji rosyjskiej. Tak bardzo teraz aktualny…

Nie wychodź dziś z pokoju, nie popełniaj pomyłki.
I tak na co ci słońce, skoro palisz bez filtra?
Za drzwiami wszystko bez sensu, a zwłaszcza okrzyk szczęścia.
Tylko do ubikacji – i zaraz wróć koniecznie.

O, nie opuszczaj pokoju, nie wołaj taksówkarza,
dlatego że przestrzeń zrobiona jest z korytarza
i kończy się licznikiem. A jeśli nawet kochana
podejdzie na kolanach, wygoń bez rozbierania.

(…)

Nie bądź głupi, bądź tym, kim jeszcze nie byli inni.
Tylko nie wychodź z pokoju. Zrób ustępstwo dla mebli,
daj twarzy zlać się z tapetą, zabarykaduj się, zasuń
szafą od kronosa, erosa, kosmosu, rasy, wirusa.

 

Miażdży, prawda? Wiersz, napisany pół wieku temu, a jaki na czasie.

I tylko wiosna za nic ma wszystkie wirusy.

Trzymajcie się!!!!

_DSC5438
Babia Góra zza płota.