Dzikie wojaże

 Koniec lata

Z końcem sierpnia (w tym roku nawet wcześniej) zaczyna mi „grać w głowie” jedna, natarczywa piosenka, jakże pasująca do otoczenia – „Kończy się lato” Wiktora Coja i Grupy KINO. Nie słucham jej zimą ani wiosną, zapominam o niej totalnie; powraca do mnie sama – właśnie końcem lata. Myślę sobie wtedy – ach, no tak, to już ten czas. Kojarzy mi się również ze Swanetią – kiedy to dwa lata temu pojechałyśmy z Anią na zasłużony urlop – wszystkie drogi prowadzą do Mestii. Siedziałyśmy w Uszguli, naprzeciw potężnej ściany Szchary, Ania grała na ukulele, konie przechadzały się po łąkach, a trawa złociła się w oczach.

Koniec lata – sezon dobiega końca, pył osiada na drodze, wszystko zamiera, wycisza się, uspokaja, szykuje do letargu i zawieszenia w czasoprzestrzeni. Oooo tak. Zapasy w większości porobione, czekośliwek, sosów słodko-kwaśnych i innych smakołyków powinno wystarczyć na całą zimę, nalewki też „produkcja w progresie”

Tak w ogóle to czuję się taka nienasycona, mam wrażenie, że to lato minęło zbyt szybko. Albo wcale go nie było?! Czerwiec minął jak szalony, a w Tatrach było śniegu po kolana; połowę lipca padało, a sierpień to już w ogóle dzień taki krótki, jesień w powietrzu, o ostatnim tygodniu nie wspominając. Sezon jest definitywnie za krótki. Jak sobie pomyślę o tym, że tak naprawdę za niedługo znowu będę musiała wymieniać opony na zimowe (zmieniałam je w maju) i wstawać 15 minut wcześniej tylko po to, żeby rozgrzać auto, to mi słabo. 😀

Nie popadajmy jednak w przed-jesienną melancholię, jeszcze dużo przed nami! Mam nadzieję, że wrześniowa pogoda dopisze. Tymczasem przedstawiam krótką relację fotograficzną za ostatnie kilka wypadów 🙂

Pogoda w sierpniu była jaka była, na to człowiek nic nie poradzi. Wyskoczyło jednak piękne okienko, zapowiadające się na 13-go w piątek, no to co – Agusia tup-tup-tup, idzie żebrać o wolne. DEEJ, DEEJ, DEEJ. Siadło, no to dzida w Tatry, oczywiście z niezawodnym towarzyszem górskich doli i niedoli, czyli Eweliną. A’propos! Ewelinie stuknęła ostatnio 4. rocznica tatrzańskich wojaży – w 2017 zabrałam ją na Kasprowy przez Halę i powrót przez Myślenickie Turnie, przezywała mnie przez pół drogi i sapała drugie pół, tak pomiędzy przekleństwami, a dziś? Świnica przez Zawrat, Kozi-Granaty, 4:00 start z Palenicy no i jazda! Nie odstaje i nie odpuszcza, co mnie bardzo cieszy!

Plan na 13-go w piątek był bardzo ambitny: Palenica-Piątka-Kozi Wierch-Granaty-Hala Gąsienicowa-Kuźnice. Btw, w piątkiem 13-go jest jak z dniem urodzin – nie mogłam go spędzić w pracy! Pogoda i warunki dopisały, widoki po drodze pierwsza klasa, jednym słowem: SZTOOOOOS, PETARDA, BOMBAA! I kolejna część Orlej Perci, za nami! Stanęłam na Skrajnym Granacie i pomyślałam sobie, że ooooh, jakże bym poszła dalej, aż na Krzyżne… Czas nas jednak gonił. Padło więc postanowienie: za rok Orla w całości, na raz! Przyjdzie czas :)))

Widok ze Skrajnego Granatu

Ludzie, których mijaliśmy w drodze na Kozi, śmiali się, że nie warto iść do góry, przecież tam nic nie ma, kupa kamieni i nic więcej, nie warto… W ogóle tak świetnie się trafiło, że ludzi na Orlej tego dnia było wręcz wyjątkowo mało, a jeżeli już byli, to sami mili i sympatyczni. Najlepsza trójka Słowaków, których przepuszczałyśmy na zejściu w Żlebie Kulczyńskiego – a oni cały czas się odwracali i patrzyli, czy nie potrzebujemy pomocy na trudniejszych odcinkach. Oni po słowacku, my po polsku i się dogadali, a jak! Słowacy to jest cudowny naród, naprawdę bardzo ich lubię. Uśmiechnięci, pomocni, nie narzekają – aż zatęskniłam za ich częścią Tatr! 😉 Aż chce się więcej po takim wypadzie! I tylko więcej.

Tydzień później mój towarzysz pojechał nad morze, a ja, chcąc wyrwać się z zamkniętej pętli praca-dom, postanowiłam, że zrobię sobie BABUSIA-CHALLENGE, czyli jak szybko wejdę sama na Babią Górę. Pojechałam z myślą o zachodzie słońca i podsumuję to tak: jechałam dłużej, niż wchodziłam na szczyt z Krowiarek. 😀 Rezultat to 66 minut! Z jedzeniem borówek po drodze. 66 minut – kiedy znaki pokazują 2,5h. Jestem świrem. 🤪 Ogólnie to zapewne nic takiego, nothing speciall, ale jak dla takiego lamusa, co tylko chodzi, to się jaram. Teraz nic, tylko zejść poniżej 60 minut!

Jak to na Babiej, przyjemnie mnie spizgało, przewietrzyło głowę i byłam gotowa na kolejne wyzwania w pracy. Lubię takie szybkie, spontaniczne wypady! A jego podsumowaniem może być cytat z okazji przypadającego na ten dzień Dnia Fotografii: „Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię” i to jest czysta prawda.

A jeszcze lepszy cytat: „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz czeka na światło” Cóż. Do mistrza mi daleko, ale dla dobrego światła wejdę na szczyt Babiej w 66 minut, zamiast „ustawowych” 2,5h 🔥😉

Odliczałam jednak dni do planowanego wyjazdu na Słowację. Przecież po to się szczepiłam, żeby wyjechać za granicę, a jak! 🤪 a w dodatku Lodowa Przełęcz to nie lada gratka dla koneserów tatrzańskich widoków, także cóż się dziwić mojemu rozedrganiu na samą myśl. Wypad udał się po całej linii. Piękny szlak, przez Dolinę Jaworową z zejściem do Terinki (Chata Tery’ego) i Starego Smokowca.

Lodowa Przełęcz (2376m) jest najwyżej położona przełęcz w całych Tatrach, dostępna szlakiem turystycznym. A Lodowy Szczyt – trzeci co do wysokości (po Gerlachu i Łomnicy) szczyt Tatr – to ten kolos, którego solidną, przysadzistą piramidę doskonale widać nawet z Witanowic.

Widoki z Lodowej Przełęczy.

W pewnym momencie za Doliną wszystko zaszło mgłą, już zaczęłam tracić nadzieję… Po co iść taki kawał, skoro wisienka na torcie się utopiła w czekoladzie… Z trzepotem serca zaczęłam nawet ciche modły w stylu DEJ BOŻE, DEJ, gadałam do ptaków, by te chmurzyska rozwiały, no świr. Ale pomogło. I moim oczom ukazał się spektakl. Dzięki Bogu!

No i powie mi ktoś, że to nie jest petarda, a ja mam nie mieć oczopląsu od takich widoków.

Usłyszałam ostatnio, że po mnie widać, jak jestem ujarana w górach. Cóż, nie będę z tym polemizować, mi wiele nie trzeba. ⁠😉

A tak w ogóle to … to biorę urlop na cały przyszły tydzień i ruszam w drogę! Kumpel z roboty stwierdził, że gdy o tym mówię, to aż się świecę. Jedno Wam powiem – TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO! Jaram się jak pochodnia! Wam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za pogodę i oczekiwać relacji!

Ciao!

PS. Na bieżąco spam na moim instagramie: https://www.instagram.com/agawielinska

Dzikie wojaże

(Nie)normalny odpoczynek

Bujanie się w hamaku w pozycji półleżącej, trzymanie laptopa na kolanach i pisanie notki na bloga niesie ze sobą kapkę wyzwania. Korzystając jednak z ciepłego i leniwego wieczoru i natchnienia, które czuję jak we mnie nabrzmiewa, postanowiłam stawić mu czoło. Więc piszę. Jakby mi ktoś tylko jeszcze podał zimne piwo z sokiem, byłabym już w pełni usatysfakcjonowana. 😉 a tak to mam tylko ostrężnice, które mogę podjadać wprost z hamaku. I przy okazji podglądać młode wróble, bawiące się tuż obok.

Lato w pełni. Tak właściwie to już bliżej jesieni, bo dzień (chcąc nie chcąc) coraz krótszy, a z resztą właśnie dziś zakwitły zawilce japońskie, które uważam za niechybny znak zbliżającej się jesieni. Coraz ciemniej, coraz większa rosa o poranku, gęstsze mgły no i znowu trzeba się będzie ułożyć w norze i oczekiwać na zimowanie. Tfu. Na razie jednak lepiej o tym nie myśleć, za dużo jeszcze rzeczy do zrobienia!

Korzystam jak mogę i kiedy tylko mogę. Mam jakąś straszliwą potrzebę gonienia, robienia czegoś, poznawania. Cóż. To chyba prozaiczna potrzeba, zwana z niemieckiego Wanderlust – jedyne słowo w tym języku, które niesie ze sobą głębszy sens i coś fajnego 😉 A tak właściwie to czysta radość z życia i cieszenia się każdą chwilą. Nie chcę sobie mówić, że jestem po prostu uzależniona od wrażeń i doświadczania emocji 😀 A adrenalina uzależnia.

A poza tym, to tak po ludzku cholernie brakuje mi podróży i wyjazdów.

Ostatnio Ewelina pyta się mnie:

– Dlaczego Ty nie możesz odpocząć jak normalny człowiek?

Patrzę na nią krzywo:

Co masz na myśli, mówiąc „normalny człowiek”?

No, po prostu poleżeć, poczytać książkę, a nie tak jak Ty…

To mnie młodzież podsumowała… 😀 a ja „tylko jedno w głowie mam…”, taki nienormalny człowiek.

Btw, stworzyłam quiz.

Pytanie: Dlaczego chodzę po górach?

A) Dla widoków i zdjęć;

B) Żeby się zmęczyć;

C) Bo mogę jeść słodycze bez opamiętania;

D)Wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

Zgaduj-zgadula! 😛

Już powoli zaczynam tracić rachubę, gdzie i kiedy byłam od ostatniego wpisu. Leci ten czas jak oszalały, to wszystko przez to. Dobrze, że z każdego wypadu mam zdjęcia, dzięki czemu chronologia pozostaje w miarę zachowana 😀

Początkiem lipca byłam w Tatrach Zachodnich, na Starorobociańskim Wierchu. Prognozy nie były szałowe, sam szczyt też nie jest tak szałowy, że miałabym tam ochotę wracać raz po raz, zazwyczaj Tatry Zachodnie jakoś tak podświadomie omijam, ale miałam wtedy taką potrzebę po prostu wyjść i się ruszyć. W sumie intuicja dobrze mi podpowiedziała i bardzo się cieszyłam, że zupełnie spontanicznie zdecydowałam się wtedy pojechać.

Tatry Zachodnie niekoniecznie są moją ulubioną częścią, ale jedna rzecz „zrobiła mi dzień”: stado kozic na szlaku, już na zejściu ze Starorobociańskiego. O matko. To spotkanie wynagrodziło mi za te wszystkie dzikie kilometry, kiedy duży obiektyw turlał się po dnie plecaka, nawet niewyciągnięty, wszystkie trudy – dla takich chwil warto dźwigać, warto się męczyć, warto się uganiać, wszystko warto! Myślałam, że się pobeczę, kozice były tak blisko, zrobiłam im  t a k i e zdjęcia, że po prostu brak słów. Dzika sesja roku ❤  Oto właśnie, dlaczego należy ufać spontanicznym decyzjom. Bo karma wraca!

Czy Wy też widzicie, że ta kozica się uśmiecha?

Tydzień później, znowu plątam się jak kot z zatwardzeniem, nie mogę usiedzieć na dupie, gdzie by tu pojechać, co by tu zrobić, pogoda spoko, o nieeee, ja muszę coś ze sobą zrobić zaraz, już, natychmiast, bo eksploduję! Tak mniej więcej wygląda gonitwa moich myśli, kiedy łapie mnie Wanderlust 😉 Skończyłam więc na wschodzie słońca na Babiej Górze. Królowa tego dnia pokazała swój pazur – w każdym razie to było dla mnie coś nowego, niż żyleta, którą zazwyczaj mnie darzyła. Jednym słowem – działo się. Warto było wstawać, definitywnie! Wyjście na Babią o dwóch cukierkach, powrót do domu wprost na śniadanie, a potem kawusia – idealny początek jakże długiego dnia! Kto rano wstaje… (wybierz swoją wersję, skreśl niepotrzebne) a) temu Pan Bóg daje b) ten ma dłuższy dzień c) ten chodzi niewyspany. 😛

Wspominałam już kiedyś, że uwielbiam Kalendarz Świąt Nietypowych? Obchodzę m.in. Dzień Piegów, Dzień Kota (oczywiście, a jakby!), Dzień Pizzy, Dzień Czekolady… A 23.07 przypada jakże ważne święto – Dzień Włóczykija! To jak dzień urodzin – nie mogłabym go spędzić w pracy! Dlatego zaplanowałam sobie dwudniowy urlop i wypad w Tatry. Nie licząc na zbyt wiele zadzwoniłam do Schroniska w Roztoce z pytaniem o wolne miejsca i – nie wiem jakim fartem, ale udało się zaklepać nocleg! Taaa, tutaj oczywiście działa prawo „głupi to ma zawsze szczęście”.

Plany na te dwa dni w Tatrach były bardzo ambitne, pogoda je jednak zweryfikowała dość skutecznie. 😉 Powiem tyle – nie planowałam w ogóle iść na Rysy, ale jakoś tak fatalnie, jak tylko pojawiam się w ich okolicy, sprowadzam jakąś złą aurę 😉 nie puszcza mnie ta Góra! 😉 Schodzimy z Czarnego Stawu pod Rysami, walcząc z ostrym cieniem mgły, mijamy tłumy ludzi, walczących o życie z każdym oddechem pod górę i totalnie, ale to totalnie nie pojmuję setek tak samo brzmiących pytań: to Wy już wracacie z Rysów? Nie, nie miałyśmy Rysów w planach, nie, nie byłyśmy dziś na szczycie; tak, zadecydowałyśmy o odwrocie, bo życie nam miłe. Ja pieprzę. Czy tylko Rysy są w tych górach??? Mimo niepogody, mgły i śliskiej skały mamy uparcie pchać pod górę tylko po to, żeby „zdobyć”. To nie jest moja filozofia gór. Ja tam wrócę – mogę to zrobić z dnia na dzień, wyhaczajac suchy dzień i pogodę-żyletę. Tego dnia pogoda była ostro dla koneserów. 😀 Ewelina za to jaka zachwycona – stwierdziła, że takich Tatr to ona jeszcze nie widziała! Tajemniczych, zasnutych mgłą, mrocznych. To było dla niej coś nowego. Czwartek spędziłyśmy więc na błąkaniu się w okolicach Czarnego Stawu, obchodząc Morskie Oko dookoła (ha! Tego jeszcze nigdy nie robiłam!) czy leżąc na skale w Dolinie za Mnichem i podglądając wspinaczy. Takie bezcelowe łażenie miało w sobie dużo uroku. Takie – nic nie muszę, nie mam na dziś innego celu, jak przenikanie gęstych chmur i tatrzańskich warstw. Dobry był ten dzień. A żarcie w Schronisku Roztoka kosmicznie smaczne.

Na piątek, ww. Dzień Włóczykija, plany również były ambitne, nauczone jednak doświadczeniem dnia poprzedniego, nie nastawiałyśmy się na zbyt wiele. Szłyśmy z myślą, że nie wiadomo gdzie i czy w ogóle zajdziemy. Tym razem jednak szczęście nam dopisało i udało nam się złoić porządny kawał moich ukochanych Taterek. Mimo początkowej mgły, pożerających wszystko ponad Doliną Pięciu Stawów, pod Zawratem wszystko się rozwiało i ukazało spektakl, godny Teatru Bolszoj. Co najmniej! Widoki dodały mi skrzydeł, a szlak Zawrat-Świnica przy takich warunkach to czysta petarda. O matko, ile ja się przeżywałam: o jak pięknie, o ja nie mogę, dawaj zdjęcie, o ja dupcę, zróbmy fotostop, o matko i tak w kółko. Dobrze, że na szlaku (jednokierunkowym!) takie cudowne pustki i mogłam sobie wzdychać ile tylko dusza zapragnęła. A było do czego, popatrzcie z resztą sami:

Na szczycie Świnicy zameldowałyśmy się o 8:30, mając go praktycznie dla siebie. Po jakiś 20 minutach zaczęli zjawiać się pierwsi ludzie, a od strony Świnickiej Przełęczy było widać coraz większy tłum. To był znak, żeby się zwijać na dół. 😀 To było zejście z serii: na dobicie. Po przejściu szlaku Zawrat-Świnica śmiem stwierdzić, że to jedna z piękniejszych (o ile nie najpiękniejszych! tras, jakie przeszłam w Tatrach – zarówno pod względem widokowym, jak i technicznym (ah, te trudności – czujesz w kościach, że żyjesz, ale nie masz wrażenia, że zaraz się posrasz po gaciach). A Świnica to definitywnie szczyt, na który mogę powracać bez znudzenia. Prawie, jak na Szpiglas. 😉

Dobra, koniec moich westchnień, starczy jak na jeden raz.

Powiem Wam jedno: tak trzeba żyć!

Dzikie wojaże

Zaniemówiłam.

Trochę czasu już minęło od mojego ostatniego wpisu, ponad miesiąc. Na pewno widzę to po tym, jak przybyło mi zdjęć, które już nie mieszczą się na pulpicie 😀 Mojemu Nikusiowi stuknęło niedawno 70 000 zdjęć – ups, to już wiekowy aparacik! Nikt ze mną nie przeszedł tyle, co ten niezawodny towarzysz!

Wreszcie wszystko buchnęło mocą i zielenią. Najprościej zauważyć to na polach i w ogródku – to chyba najlepszy czas dla bujności form kwiatowych wszelkich maści. Oczywiście, jak to bywa – ze skrajności w skrajność – jak nie pada dwa tygodnie, to potem dwa tygodnie naparza upałem i rośliny wariują. Zero stabilności, wieczny rollercoaster! Pomijam fakt, że batalia ze ślimakami trwa nadal, ale kiedy już wydawało się, że atak został odparty, z impetem wtargnęły… mrówki. Zeżarły marchewkę – ok, bywa. Ale jak podgryzły mi arbuza, trafiając tym samym w moje czułe miejsce, to już tak łatwo im nie odpuszczę! Całe szczęście jednak, mimo wszelakich przeciwności, jakoś to wszystko rośnie i się kręci. Czekam na owoce.

Ogłosiłam wszem i wobec, że nie będę narzekać na upały. Niech będzie ciepło. Dlaczego, cóż to za zmiana? A no taka, że znowu zaniemówiłam – dosłownie, nie tylko w przenośni, jak to mam za każdym razem, gdy widzę coś pięknego, najlepiej z widokiem na góry. Już miałam taką akcję, dokładnie dwa lata temu w Gruzji, pisałam o tym:

Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos.Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem!  Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłamtak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło!”

Dzień dobry, no to mamy powtórkę z rozrywki. Żeby było śmiesznie, zawiała mnie klima w robocie – efekt ten sam. Ciężko jest pracować w obsłudze klienta bez głosu, więc wzięłam sobie 3 dni urlopu i się kuruję, cierpliwie czekając, aż głos powróci.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie można na głos wypowiedzieć swoich planów (a miałam co najmniej dwa wyjazdy i jeszcze zaplanowane szczepienie), bo nigdy nie wypalają i jeszcze odbijają się rykoszetem. Tak jakby Pan Bóg smagał nas biczem przez plecy: a masz, takiego wała!! Tym razem smagnął mnie porządnie, z nawiązką, skoro aż straciłam głos. A masz!! Odbiłam Panu Bogu jednak piłeczkę i stwierdziłam, że skoro ostatnio pomógł mi wyjazd na Elbrus, to i tym razem nie ma co zasiadać. Tym bardziej, że nie licząc utraty głosu, jestem w doskonałej formie. A nuż wyjazd w góry przywróci mi mowę, tak jak ostatnio! Uwierzcie mi, to naprawdę straszna kara dla osoby lubiącej mówić. Ba! To mnie do szału doprowadza nawet w codziennych sytuacjach – kiedy chcę coś odpowiedzieć, a z ust wylatuje jedynie świszczący szept, ograniczający się do czterech słów. Wrrrr.

No ale wyjazd w góry się udał.

Najpierw jednak pokażę Wam kilka pięknych miejsc, w jakich byłam w przeciągu ostatniego miesiąca.

Wiosna przyszła późno, nie mówiąc o śniegu, nadal utrzymującym się w Tatrach, więc tam w ogóle się nie brałam. Nie trzeba jednak być w Tatrach, by na Tatry patrzeć – a sceneria z Łapszanki jest wprost o-sza-ła-mia-ją-ca! Nic, tylko rozłożyć sobie kocyk na łące i spędzić tam pół dnia, napawając się widokami i przestrzenią. Soczysta zieleń, czas kwitnienia mleczy, ośnieżone góry i błękitne niebo – czego można chcieć więcej? Już dawno chciałam tam pojechać (bo to miejsce z serii: autem), mam to zapisane na swojej liście TO DO, ale jakoś nie było po drodze. Udało się podskoczyć po pracy w Dzień Matki. Ojejku, dostałam dzikiego oczopląsu. Goniłam z tym aparatem jak nawiedzona, całe szczęście, że nie powtórzyłam swojego orła z Czarnej Góry, kiedy to się wygrzmociłam, rozbijając kolano – tym razem starałam się patrzeć pod nogi. Wracając, krótki przystanek na Przełęczy Snozka, szybkie foto i jazda z powrotem do domu. Dobrze jest mieć blisko. Choć nie pogardziłabym, gdybym miała bliżej 😀

Klasyk z Łapszanki!
Łapszanka c.d.
Widok z okolic Przełęczy Snozka
Widok z okolic Przełęczy Snozka

Ledwie kilka dni później znowu byłam w Pieninach, a tak właściwie to na wschodzie słońca w Sromowcach Wyżnych – znowu z serii: autem. A potem na Koziarzu w Beskidzie Sądeckim– przeglądając instagrama, wszyscy byli na Koziarzu, jakiś wysyp był normalnie 😛 więc ja też musiałam. Stwierdziłam, że Koziarz będzie bombowy na jesień – już widzę tamtejszą feerię barw i mgiełki poniżej Tatr! ❤

Pieniny są genialne, wspaniałe, cudowne – pod każdym względem. I widok na Tatry też powalający. Nic jednak nie zastąpi samych Tatr – zrozumiałam to w 100% kiedy wróciłam po dwóch latach z Kaukazu. Ten nadchodzący sezon zamierzam na maxa wykorzystać na tatrzańskie wojaże – czy z Słowacją, o ile wjazd będzie swobodny, czy nawet na szlakach po polskiej stronie. Nie ma to jak tatrzańskie powietrze i adrenalina. 3 wyjazdy „z widokiem na Tatry” równają się jednemu wypadowi „w Tatry”. 😉 Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja… Ech. Jakbym nie uwielbiała Pienin, owieczek, swojego niebieskiego rowerka i wschodów słońca, pierwsze co zrobiłam, to śmignęłam w Tatry.

Bez głosu, ale w kondycji wzorowej W KOŃCU pojechałam. Obczaiłam warunki, no i jazda. Szkoda siedzieć w domu przy takiej pogodzie. Miałam iść z Doliny Pięciu Stawów przez Świstówkę, ale to jest tak samo jak z Tatrami Zachodnimi w moim przypadku – mając tyle do wyboru… Zawsze znajdę ciekawszą alternatywę 😉 Tak więc nie zastanawiając się długo, poszłyśmy z Eweliną na Szpiglas. Nie ma to jak przyjemne 25km na początek dobrego sezonu w Tatrach! 😀

Na dobry początek tatrzańskiego sezonu ’21!

To była specyficzna wyprawa.

Porozumiewałyśmy się szeptem, najśmieszniej jednak było, gdy mówię do ludzi na szlaku:

– (głośnym szeptem) Cześć!

A ludzie mi szeptem odpowiadają: – Cześć!

Jeden gościu tylko zagadał:

– Co, za bardzo się kibicowało Polakom?

– No, nie warto było gardła zdzierać!

Ewentualnym pytaniem było: Co, za dużo się wypiło… Gdyby wiedział, że przyczyna była dużo bardziej prozaiczna, ot, po prostu klimatyzacja… To taki problem ludzi pierwszego świata!

Szpiglasowy Wierch z Doliny Pięciu Stawów z zejściem do Morskiego Oka to idealny szlak na rozpoczęcie sezonu. Starałam się nie ulegać szalonemu oczopląsowi i robić rozważnie zdjęcia, nie szłam tam po raz pierwszy, ale w tak pięknym miejscu ciężko zachować opanowanie w zachwycie. 😉  Znowu miałyśmy szczęście i spotkałyśmy świstaki! Dwa wygrzewały się na wielkim głazie, a inne dwa – chyba młode – bawiły się ze sobą, ganiając i turlając się jak koty. Po drodze na szczyt kozica jeszcze mi pięknie zapolowała, także element animalny zaliczony! 😉

Wiosny powyżej Piątki jednak nie widać, zima na całego – podejście z dołu wyglądało całkiem przerażająco, śniegu cała masa, całe szczęście, że byłyśmy na tyle wcześnie, że nie zdążył się zamienić w morką breję, a był stabilny i dobrze się szło. W okolicach łańcuchów trochę oblodzone – raczki bardzo się przydały. Dobrze wychodzić rano! Takie pustki na szlaku, na szczycie dwie inne osoby – że aż miło. Gdybym mogła, to bym krzyknęła, z oszołomienia pięknem i tym, że weszłyśmy szczęśliwie – ale tylko zaniemówiłam. :))))))

Widok ze Szpiglasa, Pan zacnie zapozował

Schodziłyśmy Ceprostradą do Morskiego Oka – widoki piękne, ale szlak paskudny (wyższa logika Agusi) – nie chciałoby mi się dryłować tamtędy do góry. Mijałyśmy wielu ludzi, którzy pytali, jak wygląda zejście do Piątki – schodzić tam też bym nie chciała, nie w takich warunkach. Jakoś tak śmiesznie się składa, że zawsze tak obieram szlak, że jestem zadowolona z wybranego wariantu podejścia i zejścia, a najlepiej pętelek. Noo, nie licząc zejścia z Krzyżnego, które przezywałam, ale to była inna bajka, ze względu na oblodzenie 😉

Najgorsze oczywiście przejście asfaltem od Morskiego Oka do Palenicy. Uwierzcie mi, w ciężkich butach trekkingowych to żadna przyjemność. Chyba zacznę ze sobą nosić klapki, jak to podpatrzyłam wczoraj u jednej pani – buciory przytroczone do plecaka, a szła w japonkach XD Upał też robił swoje. Aa, żeby dopełnić opowieści – OCZYWIŚCIE ZNOWU MNIE ZJARAŁO. Tym razem nogi – idealnie odcięta czerwień – od skarpetek aż po samą granicę krótkich spodni. Ciekawe tylko, dlaczego mi zostały białe kolana. Ale chociaż równomiernie.

PS. Tak a’propos problemów ludzi pierwszego świata, o których gdzieś tam wcześniej wspominałam. Ostatnio w robocie zaczęliśmy się z tego śmiać i nawet zaczęłam tworzyć ranking, który na bieżąco będziemy uzupełniać. Problem ludzi pierwszego świata w pracy: Czy napić się herbaty białej z tajską cytryną i kwiatem granatu, czy może raczej zielonej z jaśminem?

Oto jest pytanie.

Obyśmy w życiu mieli tylko takie problemy!

Dzikie wojaże

Wiosna wytrąca z równowagi.

Wychodzę na pole i wiosna jak nigdy dotąd wytrąca mnie z równowagi.

Wróć. Co rok wiosna wytrąca mnie z równowagi, ale za każdym razem mam wrażenie, że to jeszcze mocniejsze odczucie, niż dotychczas. Chyba, że z wiekiem mnie tak bierze. Lubię ten stan, gdy wiosna bucha pełną parą. Nosi mnie wtedy pierońsko, jestem ogólnie nadaktywna, gonię jak potłuczona: w ogródku z łopatą, potem na spacer – za mało! lecę na rower, ciągle mało… Co dopiero będzie, jak rzepak zakwitnie – a to już na dniach! Ale tak naprawdę dopiero wtedy czuję, że żyję pełnią życia.

Btw, ostatnio moja mama, obserwując ptaki w ogródku, stwierdziła, że sikorki to są trochę takie popieprzone, podobne do Agi, bo ciągle tylko gonią, skaczą, nosi je to tu-to tam. Uznałam to jako komplement – popieprzona jak sikorka, miło.

Miałam ostatnio straszny sen. Albo koszmarne urojenie myślowe. Wydało mi się, że jest koniec września. Nie było w ogóle wiosny, lato też przeszło i znowu jest jesień, a dzień zamiast dłuższy znowu robi się krótszy. To było okropne. Całe szczęście – jest maj, piękna wiosna, a dzień – tylko dłuższy!

Późna tegoroczna wiosna. Kiedy w zeszłym roku syrop z mniszka robiłam 22.04 (zaraz potem pędząc na pole kwitnącego rzepaku), to w tym roku dopiero 10.05. A na rzepak w pełnym rozkwicie przyjdzie jeszcze koło tygodnia poczekać. Ale najważniejsze, że  z każdym dniem coraz piękniej. Tak mi brakowało słońca i witaminki D, chociaż ostatnio nadrobiłam – nie posmarowałam sobie w górach rąk (tak, też muszę, po raz kolejny boleśnie się o tym przekonuję – dobrze, że chociaż na ryju pamiętam o kremie) i teraz czuję, jak płonę 😀 Pierwsze poparzenie tego roku – znając życie, nieostatnie!

Jadę kiedyś w poniedziałek do roboty (koniec kwietnia to był) i z rozrzewnieniem spojrzałam na piękną ośnieżoną Babią i czubki oprószonych Tatr. I tak mnie wtedy natchnęło: muszę jutro GDZIEŚ, GDZIEKOLWIEK pojechać. Gdziekolwiek. Stwierdziłam więc, że skoro taka myśl błysnęła w mojej rudej głowie, NATYCHMIAST trzeba ją zrealizować.

Wybrałam się więc z Ewelina na Lubań. Jakoś nie chciało mi się jechać w Tatry i znowu patrzeć na śnieg, zapadając się po pas – dość już miałam go w tym roku. Chciałam po prostu się przejść i popatrzeć na piękne góry.

Jedziemy sobie raniutko, a Ewe mnie pyta:

– Jak się załatwia urlop? Rozmawiasz z szefem, czy po prostu nie przychodzisz do pracy, jak ja nie poszłam do szkoły?

Szkoła – kiedy to było! 😉 Btw, 10 lat temu zdawałam maturę, stara kozica ze mnie!

Lubań. Szlak prosty, przyjemny, w sam raz na wiosenne rozruszanie po górkach. Napatrzyłam się na piękne zdjęcia i postanowiłam przekonać się na własne oczy. Jak mówi Wikipedia, według ludowych podań „Lubań to miejsce przeklęte i magiczne zarazem. Miejscowi czarownicy toczyli tam między sobą spory. Po wypowiedzeniu przez jednego z baców-czarowników straszliwego przekleństwa całe stado owiec wraz z juhasami zapadło się pod ziemię. Podobno w dniu św. Jakuba słychać spod ziemi okrzyki juhasów i dzwonki owiec”. Cóż – z miejscem magicznym się zgadzam. Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie – totalne kombo widokowe! Istna magia!

Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie

W ogóle to była cudowna sprawa – wtorek, puste drogi, a na całym szlaku spotkałyśmy dwójkę ludzi – jeden gościu nocował na szczycie w namiocie, a jedna dziewczyna dopiero wychodziła, kiedy my praktycznie byłyśmy już przy parkingu. Elegancka pogoda i widoczność, cisza taka, że idąc przez las, widziałyśmy myszki wystraszone naszymi krokami czmychały w liście (naliczyłyśmy całe 7) – niesamowite!

Od razu z lepszą energią minął tydzień!

Majówkę spędziłam w domu – widziałam kiepskie prognozy, a poza tym pomyślałam sobie o dzikich tłumach, stwierdziłam więc ze stoickim spokojem, że przecież co się odwlecze, to nie uciecze. Śnieg zdąży szybciej w Tatrach stopnieć 😀 Moim celem na ten weekend było upieczenie… bezy. Pavlowa zawsze wydawała mi się takim potworem, do którego przygotowania potrzeba jakiś cudownych zdolności zdobienia ciast, a poza tym na pewno jest trudna w przygotowaniu. Cóż – nie taki diabeł straszny, jak go malują! (*gdyby nie inspiracja od mojej Kochanej Asi, w życiu bym się chyba nie zmotywowała – dziękuję! ❤ ) Beza wyszła oczywiście z rozmachem, od razu taka XXL, a smak taki, że omomomom! Jadłam ją z zachwytem – o matko, to połączenie smaków, połykając setki słodkich kalorii z myślą, że przecież mogę – spalę na rowerze! 😉

No właśnie – dzień już na tyle długi, że po pracy można coś porobić w ogródku, a potem jeszcze na rower śmignąć! Powiedzcie mi, jakże ja mam nie być nakręcona, jak tu tyle możliwości, tyle bodźców?! 😀

Odkryłam ostatnio fajną miejscówkę. 5 km od domu. Sama sobie się dziwię, że wcześniej tam nie dotarłam! Oczywiście na nogach za prosto, za nudno, to wzięłam mojego niebieściutkiego Śmigusia i wjechałam na Krzemionkę w sąsiedniej Lgocie, skąd rozpościera się niesamowity widok na Babią i całe ciągnące się pasmo Beskidów. Wiosną, z tymi świeżymi, zielonymi listkami wyglądało to wprost niesamowicie – siedziałam na kłodzie na szczycie polany, a w dolinie taka przestrzeń! Pięknie! Choć utwierdziłam się w przekonaniu, że na nogach to by mi się nie chciało tak dryłować. Od czego ma się rower! 😉 Oczywiście jak to wariat, w pewnym momencie w lesie musiałam sobie robić minutkę dla oddechu, bo inaczej bym płuca wypluła, ale stwierdziłam, że to wreszcie idealna trasa dla mnie i Śmigusia – nareszcie mogłam się zmęczyć!

Poza tym więcej lokalnych pejzaży. Szukam dziwności. Jakby to prościej ująć – cuduję z kadrami, nie zadowalają nie już proste ujęcia. Albo to już wyższy level fotografii, albo jakieś umysłowe zblazowanie 😉 ale, szczerze mówiąc, efekty są dla mnie zadowalające! Zwłaszcza z takimi widokami przy t a k i e j widoczności!

Byłam też w Pieninach – to w pierwszą ciepłą niedzielę tej wiosny, kiedy się zjarałam na kolor mojej czerwonej skodzinki 😉 O matko, kocham tą krainę. Mogłabym tam wracać i wracać – zawsze i o każdej porze dnia i roku jest nieziemsko i magicznie – nigdy się nie znudzi! Co jest najlepsze w Pieninach – naprawdę nie trzeba wiele, by móc podziwiać widoki… Byłam tam jesienią, teraz wczesną wiosną – czeka mnie jeszcze lato! Marzyło mi się zdjęcie ze stadem owiec z Tatrami w tle, a te nie chciały mi odpowiednio zapozować, tzn, były 300m niżej niż potrzebowałam 😉

Pieniński klasyk – Tatry z Wysokiego Wierchu

Nigdy nie myślałam o Koronie Gór Polski. To nie dla mnie. Dla mnie celem w samym sobie są widoki, wrażenia, zachwyt, światło, a przede wszystkim zdjęcia. Musiałabym policzyć, ile szczytów KGP zdobyłam „przypadkiem” – ostatnio na pewno była to Wysoka – najwyższy szczyt Pienin. Nie są to Trzy Korony, jak niektórym się wydaje. Trzy Korony to ewentualnie pożerają Babią Górę (patrz na zdjęcie poniżej). Ale sympatyczna górka! Pierońsko mi się podobała ta niedzielna wędrówka – ponad 20 km od Szczawnicy, przez Wysoki Wierch (który moim zdaniem widokowo bije na głowę cel główny tego dnia) na szczyt Wysokiej (nie mylić z tą krasawicą w Tatrach Słowackich! 😉 ) z zejściem przez Przełęcz Rozdziela aż do Białej Wody. Tak się fajnie szło – najlepsze podejście na samą Wysoką: góra-dół, góra-dół…! A jak się fajnie leżało na trawie na powrocie – to może wtedy mnie tak przyjarało 😉

Oczywiście załapało się również kilka udanych zdjęć z mojej ulubionej serii (jednej z wielu): „Zdjęcia z drogi” 😀

Król Tatr – kusi z każdej perspektywy.

O, złapałam też na powrocie z drogi stado owiec z Tatrami w tle. Powiem tyle: DO POWTÓRKI! Nie do końca o to mi chodziło, ale jak na zdjęcie z auta nie ma źle 😉 przynajmniej jest po co jechać znowu – zawsze znajdzie się jakiś powód!

Stado owiec na tle Tatr – „zdjęcie z drogi”.

Och. Myślałam, że nie ogarnę tej relacji i ogromu zdjęć, jakie udało mi się zrobić ostatnimi czasy, mam nadzieję, że trzyma się to ładu i składu, a chaos Was nie pochłonął!

Mówiłam – to wiosna tak na mnie wpływa, że chodzę jak nakręcona. Tfu, zapomniałam. Latam jak popieprzona sikorka.

Cóż, jedno powiem. BYLE WIĘCEJ!* 😀 Trzymajcie się cieplutko i korzystajcie z wiosny – jest pięknie!

*dalej, wyżej, szybciej itd…!

PS. Tak sobie czasem czytam swoje archiwalne wypociny i aż sama do siebie się uśmiecham – nie tylko na wspomnienia. Cieszy mnie, kiedy to czytacie i nieznudzeni docieracie do samego końca – bardzo za to dziękuję! To dla mnie niezmiernie miłe i bardzo motywujące, a to jest ważne. I wiecie co? Kiedyś w końcu na pewno napisze książkę – nie odpuszczę tego.

Dzikie wojaże

Kwiecień plecień

Kiedy 20.02 schodziłam z Babiej Góry i ogłaszałam nadejście wiosny nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. (Porada nr 1: spodziewaj się niespodziewanego….) By nie popełnić błędu sprzed roku, ostatniego dnia miesiąca posadziłam arbuzy, bakłażany, a za niedługo i papryki – wszystkie rozsady stoją na stole w salonie, ale wiosna jakoś się obraziła i nie chciała się rozkręcić. Tak przeszedł marzec. W ogóle tak mi się dłużył ten miesiąc, że miałam się ochotę wystrzelić w kosmos. Non stop tylko przeglądałam zdjęcia sprzed roku, porównując: o, wtedy kwitły już przebiśniegi, wtedy zawilce, a równy rok temu – 17.04 – mam zdjęcia tulipanów w pełnym rozkwicie! 22.04 zbierałam kwiaty mniszka na syrop, a dzień później w Zygodowicach odkryłam kwitnący rzepak! Póki co moje beskidzkie Ponidzie* w odsłonie Przed-Wiośnie 😉

*na instagramie to wyrażenie wywołało burzę – „Ponidzie jest tylko jedno!” -„Nieprawda!” -„Prawda!” itd. Spoko, ja mam swoje, prywatne Ponidzie, nie muszę daleko jeździć. Metaforyczne. Beskidzkie Ponidzie i mój ulubiony Ptyś pod słońcem.

Beskidzkie Ponidzie

Stwierdziłam, że nie mogę więcej porównywać tego, co jest teraz z zeszłym rokiem! Bo dziś co jest? Od tygodnia pada – deszcz na przemian z ciężkim śniegiem, nie wspominając o błocie, które przy dobrych wiatrach wyschnie za dwa tygodnie – masakra. Ogólnie staram się o tym nie myśleć, nic w końcu na to nie poradzę, po cichu powtarzam sobie tylko, że kiedyś sobie na pewno odbiję! Szczegół, że w pewnych kwestiach powtarzam sobie już tak od roku 😉 Pocieszam się, że w sumie zapewne nie ja jedna 😀 Mam wrażenie, że ten rok jest jeszcze dziwniejszy, niż poprzedni. Wtedy nikt nie wiedział, czego się spodziewać i ile ta sytuacja będzie trwać. Dziś wszyscy są zmęczeni, nic się nie zmieniło, a w niektórych kwestiach jest – prawdę mówiąc – nawet gorzej. Takie zawieszenie w przestrzeni – ileż można.

Dlatego cieszę się małymi rzeczami i cierpliwie czekam, aż wiosna przyjdzie i buchnie całą sobą, pełną parą prosto z kopyta. A wtedy dopiero – bądźcie tego pewni! – zobaczycie, jak będzie pięknie! W dodatku polecam prace ogrodowe – naprawdę działają nie tylko dobrze na głowę, ale i na ciało – żaden inny trening więcej jest niepotrzebny! ;P Poza tym zawsze pozostaje rower – śmigam nawet do paczkomatu, a potem jak ciołek rozrywam paczki, bo nie mogą mi się zmieścić do plecaka 😉 W każdym razie – najważniejsze, że trzeba sobie umieć znaleźć zajęcie!

Zbieram malutkie ociepki światła, składam do kupy, kumuluję i cierpliwie czekam na więcej – mam wrażenie, że to jedyne właściwe wyjście z tej sytuacji (porada nr 2: przecież nie ma sytuacji bez wyjścia). Popatrzcie, co udało mi się wyłuskać z tego małopolskiego przedwiośnia – inaczej tej pory roku nie da się nazwać 🙂

Marzec minął, przeszły i Święta Wielkanocne, na które czekałam z utęsknieniem – musiałam sobie po ludzku dychnąć, a z resztą brakowało mi już czekolady – po raz ósmy w życiu byłam na detoksie 😀 Cudowny traf chciał, że świąteczny Poniedziałek dopisał cudowną pogodą – pojechaliśmy na widokową objazdówkę w Pieniny. Tak, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale żeby nacieszyć oczy widokami i podładować baterie. A widoczność zapowiadała się wprost kosmiczna! Wymarzyłam sobie obczaić nową miejscówkę – punkt widokowy w Czarnej Górze. TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko! Powiem więcej – będąc dzieckiem, nie miałam takich przypałów z wywalaniem się, rozbijaniem kolan czy spadaniem ze schodów!

To wszystko przez zachwyt. Absolutnie wszystko!!!

Widok na Tatry z Czarnej Góry.

Coś czuję, że kiedyś czeka mnie tam wschód słońca 😉 Będę musiała jednak zawiązać porządnie buty, bo szkoda kolejnych portek! Kolan w sumie też.

Tak w ogóle, to Pieniny są dla mnie niesamowitą krainą – pełną widokowych zakamarków. Zjeżdżam trochę z głównej drogi, porzucam auto na poboczu i idę w stronę gór – innego świata nie widząc. Właśnie, co lepsze – nawet człowiek się nie zmęczy, bo w wiele miejsc zajedzie się autem. Polecam! 😀 marzy mi się również wziąć rower i dryłować do upadłego. Tzn do kolejnego punktu widokowego, który już za chwilę. 😉

Cóż.

Nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, aż stopnieje śnieg, błoto wyparuje w kosmos, zazieleni się trawa i zakwitną drzewa. Powiedziałabym nieładnie, ale ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia: Wiosno, przyjdź!

Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2020.

Rok 2020 zbliża się ku końcowi. Jak co rok siadam do krótkiego podsumowania, a przede wszystkim poukładania sobie w głowie tego, co mi przyniosło ostatnie 365 dni, w tegorocznym wariancie – z dodatkowym dniem przestępnym. Poukładanie to jedno, a drugie – jako-takie ogarnięcie archiwum zdjęć, których przez cały rok uzbierało się – w sumie średnio, bo koło 7700 sztuk.

Jak dla mnie 2020 – wcale nie był zły, był po prostu inny. „Sytuacja jest dynamiczna” – to jest to, czego nie tylko mnie, ale i myślę większość z nas nauczył. Plany planami, ale jak w sucharze: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” JAK TO SIĘ PIEROŃSKO SPRAWDZA! Niewyobrażalnie!

Ten rok naprawdę pokazał kruchość ludzkich planów. Trzeba się było przestawić i dostosować do rzeczywistości, która z tak zwaną „normalnością” niewiele miała (i nadal ma) wspólnego. A ja, z racji swej wielkiej elastyczności po prostu płynęłam na fali.

Jeszcze w lutym żyłam myślą, że jeszcze dwa miesiące i znowu polecę do Gruzji, gdzie czeka mnie gorący sezon, pełen wypraw i przeżyć. Nie nastawiałam się na sezon w Polsce, nie sadziłam arbuzów z myślą, że przecież mnie nie będzie, więc kto o nie zadba? Potem świat stanął do góry nogami i wszystko zmieniło się jak w kołowrotku. Od marca byłam bez pracy, bez perspektyw – nie wiadomo było, czy do Gruzji pojadę, czy zdąży się ustabilizować – więcej pytań, niż odpowiedzi. Ludzie pytali mnie: co z Gruzją, co z wyjazdem? A ja cóż miałam zrobić – nikt z nas nie wiedział, co przyniesie czas.

Siedziałam więc w domu, posadziłam w końcu te arbuzy, z oddaniem wyżywałam się w ogródku, kuchni, jak szalona jeździłam na rowerze (kiedy zamknęli lasy, jeździłam do piekarni okrężną drogą), chodziłam na zdjęcia tuż po wschodzie słońca – idealny czas. A że wiosna, a zwłaszcza kwiecień, który buchnął całą swą mocą – była przepiękna, nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. Jeszcze bardziej niż dotychczas nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy.

W połowie maja poszłam do pracy – w końcu ile można siedzieć w domu 😉 Czas nagle przyspieszył. Życie znowu zaczęło się kręcić w rytmie od 8 do 16 i byle do piątku, z nagłym przypływem energii w każdy dzień wolny, byle wykorzystać jak najwięcej. Ewentualnie latem dzień na tyle długi, że aż miło siedzieć i robić coś na polu do 21. Pielęgnowałam arbuzy, robiłam w ogródku, dalej kręciłam kilometry na rowerze – jak wspaniale można wykorzystywać dni, gdy są takie długie! (Nie to, co teraz, zimą – pociesza mnie jednak fakt, że z każdym dniem jest coraz jaśniej – byle do wiosny!)

Ogólnie wszyscy na urodziny czy święta i nowy rok życzą mi „jeszcze więcej wyjazdów i zdjęć górskich”. Wspaniale, tego nigdy dość! Naprawdę mam jednak to olbrzymie szczęście, że mieszkam we wspaniałej lokalizacji i w góry nie mam daleko, prócz wyjazdu w Pieniny wszystko to były jednodniówki. W tym „feralnym” 2020 roku w górach spędziłam (aż? tylko?) 18 dni. Jak dla mnie – to wspaniały wynik. Na rzecz dzikich wojaży i swoich wyjazdów zagranicznych nadrobiłam w Tatrach – czego tak bardzo brakowało mi, kiedy dwa lata siedziałam na Kaukazie. Ooh, i to jak mi tego brakowało! Szczyrbskie Jezioro w styczniu, Babia w lutym, Pieniny w marcu, w lipcu Zielony Staw Kieżmarski jako rozgrzewka dla tatrzańskiego sezonu, potem Szpiglas i Rysy, sierpień Granaty, Kozi i Babia, wrzesień 3 dni w Pieninach, Kościelec i Jagnięcy, w październiku byłam na Pilsku, listopad to Czerwone Wierchy i Krzyżne, w grudniu na deser zimowa Świnica – uzbierało się tego! CZEGO CHCIEĆ WIĘCEJ?!

Gór było dużo, nie mam na co narzekać, gorzej z ogólnym podróżowaniem, którego czuję wielki niedosyt. Co śmieszne – najdalej w tym roku byłam we Wrocławiu (Słowacja dwa razy bliżej), a w Krakowie – raz? Śnią mi się po nocach – dosłownie! – uliczki i zakątki Tbilisi, Erewania czy Baku, przytulne knajpeczki, tęsknię za ławeczką w Meteo czy herbatą z oblepichą w kontenerach pod Elbrusem, mam wrażenie, jakby „tamte czasy” były lata świetlne temu, niewyobrażalnie dawno temu, aż nieprawdopodobne, że jakaś Aga z zadupia Małopolski, gdzie nie sięgają latarnie była w takich miejscach i tyle przeżyła… ale jakoś tak staram się to sobie tłumaczyć, że co się odwlecze, to nie uciecze i tam wrócę. Przeszła mi faza nadmiaru, wyczerpała się do cna, odbiłam się od niego i znowu zaczęłam tęsknić. To jak z trudną, głupią miłością, której nie idzie wytłumaczyć w sposób racjonalny. Dużo bym dała teraz, by kupić sobie w budce na Didube mchlowani za 2 lari, ale jestem pewna, że gdy w końcu nastanie ten czas, to jedząc je w marszrutce popłaczę się ze szczęścia. Wydaje mi się, że ten rok nauczył ludzi doceniać to, co mają, bo gdy nagle – z przeróżnych powodów – zostaje się tego pozbawionym, wtedy widzą, jak wiele by dali, by było jak kiedyś.

Trzeba marzyć. Wciąż, uparcie, nieustannie. A kiedy nie można tego mieć – oglądać stare zdjęcia i wspominać. Utrzymywać stały żar, by kiedy w końcu nastanie moment powrotu, z radością otworzyć duszę na nowe doświadczenia. Powiedziałam sobie kiedyś, że po trzecim sezonie w Gruzji będę na tyle bogata w przeżycia, że będę mogła zabrać się za pisanie książki. Cóż. Trzeciego sezonu może nie było i nie będzie, ale w zamian ten rok dał mi coś innego, nie mniej bogatego w przeżycia. ZAWSZE jest COŚ ZA COŚ. Nie było Kaukazu, były Tatry, nie było chinkali, były pierogi z borówkami… i tak dalej. Tak to sobie wszystko staram tłumaczyć swym chłopskim rozumem.

Jeszcze bardziej niż rok temu doceniam fakt naszego powrotu z Gruzji do Polski autem – 4 tysiące kilometrów przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Zwłaszcza Turcję wspominam z rozrzewnieniem. Jakaś knajpa w mieście bez nazwy, gdzie nie mogliśmy się dogadać z obsługą, ale za to gdzie zjadłam najpyszniejszą zupę z soczewicy i kebaba z makaronem (!) na świecie, balony o wschodzie słońca w Kapadocji, Stambuł – bakławę, sok z granatów i setki kotów na ulicach, ukłucie żalu z powodu filiżanek, które chciałam kupić, ale brakło mi kasy… W ogóle na wspomnienie jedzenia, jakie miałam okazję próbować, robię się głodna.

Świat w 2020 roku dał nam szansę zatrzymać się na chwilę. Prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca – podpisuję się pod tym tekstem rękami, nogami i wszystkimi trzema tysiącami piegów na gębie, choć prawdę mówiąc wolę wschody.

Uwierzcie mi, że wybrać TOP-12 zdjęć tego roku było mi BARDZO ciężko – ze względu na bogatą tematykę doświadczeń 😀 Samych ujęć Babiej Góry z Witanowic miałabym co najmniej 5, widoków z Jagnięcego Szczytu spokojnie uzbierałabym z dziesięć, nie mówiąc ogólnie o tatrzańskich czy pienińskich pejzażach, liczonych w dziesiątkach, jeżeli nie setce, a gdzie jeszcze sarny zza miedzy, łabędzie znad stawów i cała horda motyli i pszczół z kwiatowymi aranżacjami wprost z ogródka? Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2020:

Z moich zeszłorocznych postanowień (były ze trzy, w tym jedno wielkie podróżnicze – haha) udało się spełnić tak naprawdę jedno: chciałam notować wszystkie książki, które czytam – ciekawiło mnie, czy podołałabym wyzwaniu „jedna książka tygodniowo”. Okazało się, że przeczytałam ich całe 63! Nie jestem statystycznym Polakiem i co więcej – nawet zawyżam średnią! ❤

A arbuzy w tym dziwnym roku 2020, mimo późnego sadzenia, plagi ślimaków i naprzemiennych ulew i suszy – urosły wyśmienite. Może nie większe, ale na pewno słodsze niż z Biedronki. Prawdziwe wyzwanie na rok 2021? Wyhodować jeszcze większe i jeszcze słodsze arbuzy! I to jest jedyne realne postanowienie, którego jestem pewna, że je podejmę! 😀 Reszta wyjdzie w praniu. SYTUACJA JEST I ZAPEWNE PRZEZ JESZCZE DŁUGI CZAS POZOSTANIE DYNAMICZNA.

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Co się odwlecze, to nie uciecze. Życzę Wam też dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało 😉 Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Tylko jedno w głowie mam…

2:57. Ktoż normalny wstaje o takiej porze ciemna listopadową nocą? Tak cieplutko w pierzynce, gdzie tam jeszcze do wschodu słońca…. Nigdy jednak nie mówiłam, że należę do osób „normalnych”, także DZYYYYNG! Wstaję od razu z wykopem i jadę w Tatry. Co lepsze – Ewelina, śpioch nad śpiochy, również na nogach, gotowa. Góry wzywają, a skoro tylko nadarzyła się okazja – nie można im odmówić!

W dodatku budzę się z piosenką, która będzie mi towarzyszyć całą drogę, zwłaszcza po ciemku (tak jakoś mam, że sobie śpiewam pod nosem, gdy czekam na słońce; za dnia mi przechodzi): TYLKO JEDNO W GŁOWIE MAM… Polecam przeróbkę.

A miałam już nigdzie nie jechać… 😉 Zawinąć się niedzielnym popołudniem w koc i popijając zdrowotną herbatę z rokitnikiem (lub z prądem, ewentualnie już jakiś czas chodzi za mną grzaniec, ale o ile wino bym u siebie znalazła, ciągle zapominam kupić pomarańczę) czytać książki lub oglądać jakieś głębokie rosyjskie filmy o życiowych dramatach. No nie. Dopóki śnieg nie zasypie gór na dobre – hajda w góry! Grzech nie korzystać, tym bardziej, że listopad nadarzył się wyśmienity, ładniejszy niż depresyjny październik.

W październiku najpierw cały czas padało i było pierońsko zimno, zasypało Tatry i już straciłam nadzieję na wędrówkę granią Czerwonych Tatr w jesiennych warunkach, a potem, po zmianie czasu, kiedy wracając z pracy po 16 było już ciemno, zrobiło się jeszcze bardziej depresyjnie.

Wyhaczyłam jednak dwa dni w tygodniu z okienkiem pogodowym, wzięłam wolne w robocie, jeden dzień poświęciłam na prace ogródkowe, a na myśl o drugim zaczynało mnie już nosić. Łaziłam, rozmyślałam i z tych rozmyślań zrodził się wypad na Pilsko. Na wschód słońca. Inaczej byłoby zbyt nudno, a ja potrzebuję nieco adrenaliny. Na Pilsko idzie się mozolnie, dłużej niż na Babią, oczywiście w środku nocy nic nie widać, ale za to na powrocie wszystko było nowe, przez co piękne. Po drodze brakowało tylko soczystej wiosny – było lato (ciepło), jesień (złoty las) i zima – taka ze śniegiem i zmrożonym lodem tuż pod szczytem. Wesoła była ślizgawka 😀

Na 12 już w domu, mogłam poświęcić się dalszym pracom polowym oraz kuchennym. Zrobiłam zupę dyniową na ostro z mleczkiem kokosowym, a na deser muffinki dyniowe – cóż, taki sezon, wcześniej ciągle był ryż z jabłkami, a na deser szarlotka 😉

Za to listopad powitał nas wprost bajkowo, rodem z Krainy Czarów. To znaczy dwa dni wcześniej, z dnia na dzień nagle zamknęli cmentarze, dowiedziałam się o tym w piątek po 16, także tegoroczny Wszystkich Świętych zdecydowanie różnił się o typowych. W sumie w tym roku nic już nie dziwi, dobrze, że choinki rosną nam w ogródku i zawsze możemy jedną ciachnąć, bo kto wie, co nasz cudowny rząd zrobi z Bożym Narodzeniem! W każdym razie – 1.11 po dupowatym październiku wlał iskrę nadziei, że jeszcze może być pięknie i jesiennie! I było. Brakowało mi porannych spacerów po polach, spotkań z sarnami – w tym roku, a przynajmniej na pewno od czerwca chyba więcej razy byłam w Tatrach, niż na foto-łowach… Ten jeden poranek wynagrodził mi wszelaki niedosyt! Nawet lisika udało mi się spotkać:)) Patrzcie, jak było bajecznie! I jak tu nie wierzyć w Krainę Czarów? 🙂

Poza tym udało mi się zrealizować swój jesienny cel i listopadowej niedzieli, gdzie było ciepło jak latem, szłam przez Czerwone Wierchy, napawając się feerią rudych barw. Fajna pętelka – z Kuźnic przez Halę Kondratową na Kopę Kondracka, potem wio na Kasprowy i zejście przez moją ulubioną Halę Gąsienicową powrót do Kuźnic. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, ciesząc się słońcem. Potrzebowałam takiej wędrówki. Praktycznie cały czas mając przed sobą wspaniałą Świnicę i w głowie układając sobie już plany na przyszły sezon. 😉 Śpiewałam sobie „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”, byłam w pełni usatysfakcjonowana, naprawdę jedyne, czego oczekując od tego roku, to wyjechać gdzieś tradycyjnie, na urodziny. Ale potem…

A potem, dokładnie w kolejną niedzielę znowu pojechałam w Tatry, w dodatku decydując się pójść – nie bagatela! – na Przełęcz Krzyżne. Skąd taka nazwa? Krzyżne pochodzi od położenia w miejscu, w którym krzyżują się trzy grzbiety.  Jest to tak właściwie przełęcz, łącząca Dolinę Roztoki z Doliną Pańszczycy i Doliną Waksmundzką. Co ciekawe, na początku ubiegłego stulecia przez Krzyżne przebiegała Orla Perć zaczynającą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza, biegnącą przez Wołoszyn,  Buczynowe Turnie, potem Granaty, przez Kozi do Zawratu. Początkowy odcinek do Krzyżnego został zamknięty w 1932, dziś jest krańcowym odcinkiem. To nasze kolejne muśnięcie Orlej Perci tego roku! (było już przejście Granatów i Kozi Wierch solo. Kiedyś przyjdzie czas na całość! :)))

To była taka wyprawa – wisienka na torcie i zakończenie letnio-jesiennych wojaży. W oczekiwaniu na zimę, a z tego co patrzę, pisząc tą notkę – troszkę już zasypało, a na Łomicy aktualnie -16*C 😀 do połowy grudnia może zdąży zrobić się stabilny śnieg, wolne w pracy już sobie zaklepałam!

Mały człowiek, wielka Orla Perć.

Pogoda tego dnia znowu dopisała wyśmienicie. Nie licząc kilku śliskich elementów, jak chociażby przy Siklawie, gdzie prawie straciłam zęby, lub miejsc na północnym zboczu, gdzie słońce słabo dociera. To jednak szczegół. Wejście na Przełęcz Krzyżne to po prostu MIAZGA – ale koniecznie polecam od Doliny Pięciu Stawów Polskich! Schodziłam w stronę Murowańca, skręcając potem na Wołoszyn i Gęsią Szyję i na 100% nie chciałabym tamtędy iść do góry. Zero motywacji przed sobą, prócz stromego żlebu pełnego kamieni. A od strony Piątki cały czas widoki pierwsza klasa: a to majestatyczne Tatry Bielskie, Gerlach, same te piękne ostre granie i tatrzańskie warstwy, przyprawiające mnie o ciarki, no coś pięknego! Jak tu mam nie śpiewać „Tylko jedno w głowie mam…”?!

To ostatnie – Gerlach z Gęsiej Szyi.

I tak to pozostawmy! Wena się wyczerpała.

Trzymajcie się ciepło w te ciemne, listopadowe wieczory!

PS. Straszne nie jest zimno, ale właśnie ciemność. Mówię to ja, dziecko złotego światła i kwiatów.

Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej

_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀